„Ajajaj” czyli diagnoza po Khmersku

szpital

W szpitalu Siem Reap

Jeszcze tego samego dnia, po zwiedzeniu Pól Śmierci i Toul Sleng wyruszyliśmy w stronę Siem Reap- małego miasteczka na północnym zachodzie Kambodży, które jest bazą wypadową na Świątynie Angkor Wat. Na miejsce dotarliśmy dopiero pod wieczór gdy już było ciemno, więc byliśmy gotowi na naszą rutynę w postaci poszukiwania hostelu, a tutaj na dworcu zaczepia mnie młody naganiacz hotelowy i mówi płynnie po angielsku, że są wolne pokoje w ścisłym centrum miasta za 5 dolarów, zawiezie nas tam za darmo (pewnie hotel mu odpala dolca lub dwa za przywiezienia białasów ). Dawid był zbyt zmęczony i zbyt żółty by znaleźć siły na szukanie czegoś za trzy dolary więc wsiedliśmy do tuk-tuka i udaliśmy się do Guest House. Napiszę tak: po zameldowaniu i dostaniu pokoju o nazwie „książczniczka” z tarasem, byłem bardzo zadowolony. W takich luksusach za 5 dolców to ja się nie pławiłem. Guest house miał do zaoferowania mnóstwo pokojów jedno i dwuosobowych, ma neta, czyste prysznice i wygodne łóżko ze świeżą pościelą. Jeśli kiedyś będziecie w Siem Reap i będziecie chcieli znaleźć ten Guest House to jego wizytówkę znajdziecie u mnie na blogu w dziale „Porady i Skany”. Jeszcze tego samego dnia, a raczej tej samej nocy poszliśmy z Dawidem kontrolnie się przejść po centrum. Po drodze minęliśmy pare osób żebrzących o kasę, w zestawie obowiązkowo musiał siedzieć gościu z twarzą, na którą ktoś najwyraźniej wylał kwas, pare osób bez rąk i nóg, oraz młoda kobieta ze śpiącym niemowlakiem, która żeby wzbudzić w nas litość uszczypnęła go tak mocno, że dzieciak zaczął płakać. Spojrzałem w jej stronę i nawet to mnie nie ruszyło, może ktoś powie, że mam znieczulicę, ale przez ten miesiąc szwędania się po Azji napatrzyłem się na wystarczającą  ilość osób biednych, żebraków, oszustów, poszkodowanych przez los. I wychodzę z założenia, że jak chcesz komuś pomóc przekaż pieniądze fundacji, a nie dawaj ludziom na ulicy, bo to nauczy ich dalszego żebractwa i łatwej kasy na turystach. Amen.

Wejście do miłego szpitala w Kambodży. foto C. Frank Starmer
Wejście do miłego szpitala w Kambodży. foto C. Frank Starmer

Wracając do naszej wycieczki do centrum, prawie wszystko było już zamknięte, prócz jednej ulicy gdzie szalały imprezy. Przeszliśmy się nią i wróciliśmy do „What’s  Up”  Guest House.  Nazajutrz wstaliśmy wcześnie z rana by załatwić dwie sprawy- pierwszą pójść z Dawidem do szpitala, a drugą załatwić kierowcę Tuk-Tuka na najbliższe dni do Angkor Wat.  Na nasze szczęście szpital w Siem Reap było dość łatwo znaleźć, był na głównej ulicy w ścisłym centrum. Bez zastanowienia wbiliśmy do środka. Minąwszy budkę ze strażnikiem od razu trafiliśmy na oddział chorób tropikalnych. Siedząc tak i czekając na rejestrację, Dawid zauważył, że płytki na podłodze są takiego samego koloru jak w więzieniu S-21 w Stolicy, co go bardzo zaniepokoiło. Po chwili ktoś zaczął do nas krzyczeć. Była to kambodżańska pielęgniarka, która dopiero teraz zauważyła białych siedzących z dolarami w poczekalni.  Niestety nic nie mówiła po angielsku, ale podsunęła nam kartkę, na której trzeba było wypisać imię i nazwisko pacjenta i inne dane związane z rejestracją. Zażartowałem z Dawida, że będzie teraz mógł wbijać do Kambodży na prywatne wizyty do Doktora. Po 5 minutach drzwi od małej kanciapy się otworzyły, wyjrzał z nich gościu ubrany w biały kitel i wśród tłumu wyhaczył dwóch białych, po czym zawołał ich do gabinetu.

Szpital w który odwiedziliśmy.FOTO : C. Frank Starmer
Szpital w który odwiedziliśmy.FOTO : C. Frank Starmer

Gdy weszliśmy, lekarz się przedstawił, popatrzył Dawidowi w oczy, na skórę i powiedział w międzynarodowym języku „ajajaj”. Oznaczało to, że Dawid ma przejebane. Doktor po chwili namysłu łamaną angielszczyzną powiedział z bardzo poważną miną:

– Take off your shirt, and lay down on this bed.

Dawid ściągnął koszulkę i położył się na wyznaczonym łóżku, ja za to przyjrzałem się gabinetowi, który przypominał nasze polskie przychodnie- surowe łóżko, biurko obok pamiętało jeszcze czasy Pol Pota, a sam wentylator obracający się na suficie wydawał odgłosy przypominając start helikoptera. Wracając do Dawida, Doktor już go zaczynał macać po brzuchu i wkładać palce pod żebra, żeby upewnić się czy to żółtaczka. Po upewnieniu się i pogłaskaniu Dawida po brzuchu doktor napisał nam rachunek po swojemu na 30 dolców i wysłał Dawida na badanie krwi, żeby było wiadomo, która to jest żółtaczka A ,B czy C.  Doktor jeszcze na pożegnanie powiedział, że trzeba wrócić jutro rano po wyniki i wystawi diagnozę, a my ruszyliśmy do pomieszczenia, gdzie Dawid miał oddać krew. Ja zaczekałem na korytarzu, a mój kolega wyszedł dość szybko i stwierdził, żebyśmy poszli do kafejki internetowej poszukać tanich biletów lotniczych, na to ja odpowiedziałem, że lepiej zadzwońmy do ubezpieczyciela i zobaczymy co powie. Wróciliśmy do  What’s up Guest House i wykonałem telefon do PZU. Mieliśmy wykupione ubezpieczonie za 2.000 od chorób tropikalnych, sportów extremalnych i innych zły rzeczy gdyby coś nam się przytrafiło, akurat nadszedł taki moment, że się coś działo.

Dzwonię wiec na infolinię do PZU, gdzie koszt z komórki sięga prawie 8 zł za minutę, po chwili czekania odzywa się do mnie kobieta i pyta się jak może pomóc. Więc wyjaśniam sytuacje.

– Dzień dobry, mamy u was wykupione ubezpieczenie z kolegą i akurat przytrafiła mu się choroba tropikalna, która dobrze nie rokuje na jego zdrowie i chciałbym skorzystać z waszej pomocy.

– Dzień dobry, proszę o numer ubezpieczenia i imię Panieńskiej Matki i jak się pierwszy pies wabił – akurat w tym przypadku zmyślam z końcówką ale polska biurokracja dała o sobie przypomnieć.

Po pozytywnej identyfikacji w końcu spytali o sytuację i czy jest poważna.

– Tak, sytuacja jest poważna. Kolega właśnie wrócił ze szpitala w Kambodży, a lekarz powiedział „ajajaj” co znaczy, że jest z nim bardzo źle. Proszę wziąć też pod uwagę, że to ja z Panią rozmawiam, a nie osłabiony właściciel żółtaczki. Czy dało by radę w razie czeg  przetransportować go do dobrego szpitala lub załatwić mu przyśpieszony lot powrotny do kraju? – spytałem.

– Oczywiście, że Pana kolega może wrócić kiedy tylko chce – usłyszałem – musi sobie tylko kupić bilet, a my koszty mu zwrócimy, do tego będzie potrzebna faktura, recepty i wszystko z tym związane żeby istniała możliwość zwrócenia pieniędzy – powiedziała miła Pani z PZU.

– No dobra – odrzekłem i przyjrzałem się recepcie i rachunkowi, który wystawił Pan Doktor (oczywiście w miejscowym języku) i spytałem czy na te świstki, które mam też dostaniemy zwrot kasy.

Pani odrzekła, że :

– Nie bardzo. Wszystko musi mieć, pieczątkę, odpowiednio udokumentowane i najlepiej po angielsku.

Na to ja jej odparłem:

– Proszę Pani, doktor ledwo mówi po angielsku, a co dopiero ma napisać i dokumentować, o fakturach oni raczej tutaj nie wiedzą i dają nam same świstki z podpisem i widniejącą sumą do zapłaty – powiedziałem. Na to Pani odrzekła, że nic innego nie wchodzi w rachubę i albo to będziemy mieli a jeśli nie, to mogę ich cmoknąć w pompkę.

Jedna z ulic Siem Reap. Foto : C. Frank Starmer
Jedna z ulic Siem Reap. Foto : C. Frank Starmer

Wkurwiony podziękowałem Pani z PZU i przeklinałem wojażera za beznadziejną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Zastanawiałem się, czy tak samo by to wyglądało, jeśli połamałbym nogę i leżał w szczerym zadupiu nie mogąc się ruszyć. Czy miła Pani kazałaby mi się doczołgać do najbliższego szpitala i wziąć fakturę czy by wysłali ten helikopter ratunkowy, za który im zapłaciłem w ramach ubezpieczenia.  Szkoda gadać, szkoda pisać.  Powiedziałem Dawidowi by poleżał w pokoju, a ja się przejdę na miasto, znajdę sobie transport na jutro by odwiedzić świątynie Angkor Wat i od razu łypnę po ile chodzą bilety powrotne.  Chodząc ulicami Siem Reap zakochałem się w tym mieście, tak jak nigdy nie gubiłem orientacji w miejskiej dżungli to tam non stop, co mi sprawiało niezwykłą przyjemność, bo przy każdej stracie orientacji odkrywałem super sklepik, do którego później chciałem wbić na zakupy, a nie mogłem ponieważ później nie mogłem go znaleźć. I tak szwędając się natrafiłem na tuk – tukarzy  i pytam pierwszego ile za wożenie mnie 3 dni po Angkor Wat?

– 100 $ – odparł pierwszy łamaną angielszczyzną.

50 $ – odparł drugi pewną angielszczyzną.

Ok. – odparłem i zadałem szybko pytanie What time it is?

– Yeeee ?? yyyyyyy – odparł

-Thank You  -i do następnego to samo pytanie .

– How much for your service in Angkor ? – zapytałem

-20 $ – odrzekł gościu płyną angielszczyzną, szybki test z angielskiego czy gościu kumaty. Okazało się, że tak, więc jeśli drogi czytelniku będziesz w Siem Reap szukał dobrego drajwera to napisz do Sophala- numer jeden drajwer w Kambodży jak twierdzi i ma rację!

Oto jego adres http://www.sophol-angkor-tour.jimdo.com/ oraz numer telefonu Cell: 855 99 64 4454 or  855 12 21 44 09 – i proszę jak ktoś skorzysta z jego usług niech nie zapomni go pozdrowić ode mnie.

Sophal - Najlepszy tuk - tukowiec w Siem Reap.
Sophal – Najlepszy tuk – tukowiec w Siem Reap.

Jest on bardzo uczciwą i słowną osobą, jak się z nim dogadacie to zabierze was prosto do lokalsów gdzie nie ma białych lub pokaże rzeczy spoza przewodnika. Dogadałem się z nim na 4 rano pod hotelem po czym udałem się sprawdzić bilet powrotny dla Dawida, kosztował koło 1.000 € bo był środek sezonu, nie było to dobrą wiadomością dla mojego kolegi…  Z żółtaczką nie ma żartów, modliłem się żeby nie była to ta najgorszego typu ta, która odbiera życie, zresztą wyniki miały być dopiero nazajutrz. Skoczyłem na bazar po jakąś szamę i do pokoju chorego kumpla by go pocieszyć. Dawid wyglądał marnie, a sytuacja zrobiła się nieciekawa ale o tym już w następnym poście.

„Ajajaj” czyli diagnoza po Khmersku
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Azjatycki Słoik
9 lat temu

Tego właśnie szukałam – uczciwego tuk-tukowca. Dzięki Tobie zaoszczędzimy dużo nerwów i czasu, no i na pewno pozdrowimy 🙂

Azjatycki Słoik
9 lat temu
Reply to  szpawel

Póki co na stronie cena taka jak w Twoim wpisie $20, na pewno ustalę wcześniej szczegóły z Sophal, ale najpierw muszę zrobić plan wyprawy (początek marca). Takich ludzi warto polecać, bo inni skorzystają, a On sam wie, że bycie uczciwym bardziej się opłaca niż cwaniakowanie 🙂

Azjatycki Słoik
9 lat temu

Niestety Sophal zapadł się pod ziemię 🙁 Jego adres mailowy nie działa, na stronie internetowej, przy wysyłaniu zapytania, pojawia się błąd. Na smsa też nie odpowiedział. W każdym razie trafiliśmy na rekomendację innego uczciwego kierowcy tuk-tuka (http://www.angkortuktuk.net/)

Azjatycki Słoik
9 lat temu
Reply to  szpawel

My już wróciliśmy, ale możesz poinformować Sophala, że nie dostałam odpowiedzi na smsa wysłanego pod nr 855 99 64 4454 oraz o problemie ze stroną i adresem mailowym (e-driverserviceangkor@gmail.com – przyszła zwrotka z błędem). Żeby mu klienci nie uciekali 🙂

Agnieszka
Agnieszka
6 lat temu

Ooo 😉 nasz driver z roku 2014 😉 najlepszy!

Przewiń do góry