01
Cze-2012

Ile jest trekkingu w trekkingu ?

Trekking w Chiang Mai

Jak wybierałem się do Tajlandii, na wielu blogach i w poradnikach wyczytałem, że najlepszy Trekking jest na północy Tajlandii w Chiang Mai. Chciałem się o tym przekonać. Mój trekking w Chiang Mai wyglądał następująco :

Ile tak naprawdę jest trekkingu w trekkingu ?

Ile tak naprawdę jest trekkingu w trekkingu ?

Pod nasz hostel podjechał Sukhothai czyli lokalny środek transportu. Siedziało w nim już czterech pasażerów. Byli nimi: dwoje Hiszpanów Jose i Miguel, którzy nie mówili po angielsku, Niemka Silja oraz Francuz Pierre. Kierowca powiedział, że musi jeszcze odebrać dwie osoby i jedziemy zapoznać się z naszymi przewodnikami, którzy czekają na nas pod farmą motyli i orchidei – obowiązkowym punktem każdego trekkingu w Chiang Mai. Dwie ostatnie osoby okazały się backpakerami z Kanady, którzy dzień wcześniej byli na Zip Line i mówili, że bardzo im się to podobało.

Gdy przyjechaliśmy na umówione miejsce, podjechały jeszcze dwa sukhothai z niezapowiedzianą przez biuro podróży resztą ekipy.

W praktyce wygląda to tak :

Jest wiele plemion górskich, które mają podpisane kontrakty z agencjami turystycznymi. Do którego plemienia trafisz zależy od agencji, w której wykupiłeś trekking. Pośrednicy zbierają osoby chętne na, powiedzmy, trzy-dniowy trekking, po czym, za odpowiednią kwotę, przekazują agencjom swoich klientów, i tak następuje kumulacja w postaci 20-osobowej grupy. Przy uzgadnianiu warunków, jak spytałem o wielkość grupy to w każdej agencji zarzekali się, że 8 osób to max. Ale ekonomiczne myślenie Tajów jest jak najbardziej właściwe ponieważ dla małej grupki nie opłaca im się robić trekkingu, lepiej wziąć więcej, wyjdzie taniej. A jak chcesz się udać sam lub w małej grupie to płacisz więcej po to żeby wyrównać koszty brakujących osób. W nocy nawet jak śpisz w ich chatach to 100 metrów dalej śpi inna grupa turystów. Tak działa mechanizm zarabiania pieniędzy w plemionach górskich i w trekkingowym biznesie. Jakby ktoś chciał się jeszcze wykłócać, że akurat źle trafiłem, polecam trekking w Laosie! Warto i nie ma Lipy!

Trekking w Chiang Mai

Chill out u dalekich plemion górskich w Tajlandii

Było nas około dwudziestu, każdy z innego biura podróży, część nawet wykupiła trekking będąc w Bangkoku. Na parkingu zjawił się Taj w długich rozpuszczonych włosach, z okularami jak John Lennon, i całym ciałem pokrytym kolorowymi tatuażami.

Jego pierwsze słowa brzmiały mniej więcej tak :

– Hello I’m Your tour guide. I hope everybody happy, beacuse If You are not happy, I’m not happy too. Ok.? – dodał z wielkim uśmiechem i odpalił fajkę.

Nie pamiętam czy i jak się przedstawił ale każdy mówił do niego „Shaman”. Objaśnił nam, że teraz idziemy zobaczyć farmę motyli i orchidei, po czym wskakujemy z powrotem do   samochodów i zanim pojedziemy do dżungli zatrzymamy się na markecie po potrzebne nam zapasy, takie jak woda na drogę i latarki. Sprawdził listę obecności, powiedział, że widzimy się za godzinę na parkingu i gdzieś odjechał.

Farma Orchidei i Motyli

Wielkiego szału nie ma. Bardziej można traktować ją jako ciekawostkę lub zapychacz czasu by inna grupa, która np. jeździ na słoniach miała czas skończyć w miejscu, do którego zmierzamy. Mi wystarczyło 15 minut by nacieszyć zmysły wszystkimi motylami, sztuk 10. Po 20 minutach cała grupa była już na zewnątrz. Nadszedł czas na zapoznanie. W 99% byli to ludzie młodzi z całego świata, którzy są na wakacjach, gap year lub spring break. W naszej grupie była też emerytowana starsza Pani, która dopiero teraz zaczęła zwiedzać świat. Więc towarzystwo było zróżnicowane nie tylko kulturowo ale i wiekowo.

Po wyznaczonym czasie przyjechał nasz przewodnik i zabrał nas na lokalny market gdzie mogliśmy kupić papier toaletowy, wodę i piwa, a że piwa swoje ważą kupiliśmy z Dawidem whisky. Po udanych zakupach zostaliśmy zawiezieni w miejsce do rozpoczęcia naszej hardcorowej przygody.

Dołączył do nas kolejny przewodnik, który zamykał naszą grupę na trasie, samochody wróciły, a my wkroczyliśmy w gęstą dżunglę.

Początkowo droga mknąca wśród tropikalnych drzew wydawała się dzika co mnie bardzo ucieszyło, ale ścieżka była wydeptana, nawet Dawid zwrócił uwagę, że brakuje tu tylko chodnika. Co jakiś czas nasz przewodnik, opowiadał nam o tygrysach, które wcześniej tu panowały, jadowitych pająkach i prezentował jak zrobić ładny kapelusz na głowę z liścia.

W pewnym momencie między drzewami zauważyłem słonie, które niedyskretnie się poruszały i jadły. Przewodnik powiedział żeby przejść cicho bo są to dzikie słonie więc cała grupa cichutko przechodziła obok by nie wystraszyć jedzących słoni. Po paru chwilach okazało się, że owe słonie należą do innego jumbo campu i są zakute w łańcuchy. Ja w tym momencie zacząłem zastanawiać się kto zachęcił mnie na trekking, a Dawid zaobserwował, że większość ludzi idzie w klapkach plażowych. Po wejściu na górkę i zejściu z niej czekał nas kawałek asfaltowej drogi między, którą były działki z altankami. W pewnym momencie nasz przewodnik Szaman powiedział że musi iść upolować nam jedzenie na obiado-kolację po czym oddalił się w przeciwnym kierunku. Tylni przewodnik przejął jego zadanie i ruszył przodem asfaltową drogą prowadząc nas dzielnie pod kolejną górę. 30 minut później, na szczycie wzgórza pojawił się górzysty krajobraz, a u podnóża góry nasz obóz na dzisiejszą noc.

Trekking w Chiang Mai

Widok na Jumbo Camp. Nasz pierwszy nocleg.

Przyznam szczerze, że obóz z góry wyglądał imponująco. Mieliśmy idealny, drewniany domek zbudowany na wzgórzu, który mógł pomieścić nawet 30 osób. Materace były położone obok siebie i do każdego była dołączona moskitiera. Z wielkiego balkonu roztaczał się widok na okoliczne wzgórza oraz słonie chodzące na dole. Poniżej znajdowała się kuchnia, bar, toalety z prysznicem, oraz pomieszczenia mieszkalne dla przewodników.

Gdy wszyscy już byli na dole spotkaliśmy Szamana, który czekał na nas z gotową porcją ryżu. Więc wniosek jaki wyciągnąłem był taki: zrobiliśmy wielkie półkole pod górę, a nasz przewodnik poszedł sobie prostą drogą do Jumbo Campu, cwaniak. Podczas jedzenia wyjaśnił nam, że w lodówce są piwa i każdy może się poczęstować ale za 50 BHT, musi wpisać swoje nazwisko na liście, a rano przy wymarszu trzeba się rozliczyć. Piwa oczywiście były droższe niż sklepowe ponieważ pieniądze zarobione z nich nie trafią do agencji, ale do danego Plemienia i zostaną wykorzystane na szczyty cel. W ofercie była również marihuana, która jest zakazana w Tajlandii i za samo posiadanie narkotyków można wylądować w więźniu lub nawet dostać karę śmierci. Ale cytując Szamana „ In Jungle, no Police, I’m the King”.

Pod wieczór mieliśmy przejażdżkę na słoniach, odrobinę opóźnioną ponieważ jeździła na nich jeszcze inna grupa turystów. Ludzie zaczęli dobierać się w pary, My też.

Od zawsze marzyłem by przejechać się na słoniu, w głębi duszy myślę, że jest to jedna z tych rzeczy, które trzeba w życiu wykonać, zaraz po zaprzyjaźnieniu się z małpami, ale jakoś to mi nie wyszło. Niestety miejsca na ławeczce na grzbiecie słonia dla mnie nie starczyło i zostałem posadzony na głowie obok przewodnika.

Trekking w Chiang Mai

Przygotowanie słoni do przejażdżki

Sama wycieczka wyglądała tak, że wchodziliśmy pod górę i schodziliśmy z powrotem do obozu. Czas trwania jakieś 40 minut. Ogólnie słoń na głowie ma ostre włosy które przy każdym jego kroku wbijały mi się ostro w uda i tyłek, dodatkowo musiałem trzymać się jedną ręką przewodnika by nie spaść z jego głowy. Jedyną rzeczą jaka mi się nie podobała to sposób w jaki kieruje się słoniem. Każdy opiekun ma przy sobie kij, który jest zakończony metalowym hakiem. I czasem jak słoń skręci nie w tą stronę co trzeba to przewodnik go nim może nie bije, ale delikatnie naciska w czułe miejsce za uszami słonia. Jeżeli słoń za szybko nie zareaguje to przewodnik wbija mocniej ten hak. Niestety zostaje pamiątka w postaci blizny, czasem nawet z miejsca gdzie wbija się hak sączy się krew.

Trekking w Chiang Mai

Opiekun słonia i jego hak.

Trekking w Chiang Mai

I tak mniejszy słoń, który szedł przed nami chciał sobie urwać gałąź zwisającą swobodnie niedaleko trasy i jak tylko wystawił trąbę by ją zerwać, jego opiekun walnął go tak mocno hakiem, że aż pisnął… Jedyne co mogłem zrobić to przeklinać pod nosem i liczyć, że treser spadnie ze słonia i nadzieje się na swój hak.

Podczas końcówki trasy na samym dole stał znudzony, pracownik Jumbo Campu i robił wszystkim po kolei zdjęcia na słoniu, do kupienia za dodatkową opłatą na rzecz wioski oczywiście. Wszyscy rzucili się na zdjęcia oprawione w bambusowe ramki, ja to olałem. Po skończonej przejażdżce poszedłem do słoni, które stały już przykute do swoich stanowisk i czekały aż im przyniosą liście kukurydzy. Próbowałem nawet jednego karmić, ale chyba trafiłem na pazerną słonicę, bo jak jej podawałem liście to dość energicznie mi je wyrywała z rąk.

Trekking w Chiang Mai

om…om…om…om…

Gdy zrobiło się już ciemno wróciłem do obozowego Baru gdzie wszyscy się bawili pijąc piwa i paląc jointy. Przyłączyłem się do zabawy. Spędziliśmy pół nocy grając w jengę, opowiadając historie, polecając ciekawe miejsca do zwiedzenia, wymieniając się facebookiem, a co niektórzy dobierali się razem do dalszej podróży. Ja po skończonej whisky wróciłem w stronę chaty na wzgórzu by się porządnie wyspać, ale niestety chwilę później uniemożliwił mi to napalony francuz, który stał dziesięć metrów od domku gdzie „szeptem” namawiał na sex koleżankę z szwecji. Gdy udało mu się ją namówić, wrócili do chatki gdzie spało 20 osób… czy wspominałem już, że podłoga była z drewna przez co bardzo skrzypiała?

I tak minął pierwszy dzień naszego trekkingu.

Dzień drugi

Trekking w Chiang Mai

High five Human !!

Drugiego dnia obudził mnie, nie piejący kogut, szczekający pies czy miałczący kot, ale trąbiący słoń… nie codziennie się ma taki budzik.

Wygramoliłem się ze śpiwora, spakowałem i zszedłem na dół do baru, gdzie czekał na mnie pokaz w postaci słonia grającego w piłkę nożną oraz podczas porannej higieny czyli ich kąpieli.

W pewnym momencie podszedł do nas Szaman i oznajmił bardzo smutnym głosem, że z lodówki ubyło za dużo piw, a jest za mało pieniędzy w kasie. Zrobiło się niemiło i krępująco bo wśród nas panował złodziej. Najlepsze było to, że ktoś dopisał pod moim nazwiskiem pięć piw, których ja na oczy nie widziałem, zresztą nie tylko mi. Rozwiązanie zagadki nastąpiło przez dedukcje kto został i na samym końcu okazało się, że dowcipnisiem, który dopisywał piwa był pijany francuz, ten sam, który namawiał szwedkę na sex. Drugą dopisującą osobą był jeden z przewodników, który brał piwa z lodówki i nie zaznaczył tego na liście.

Trekking w Chiang Mai

Poranna kąpiel.

Po tej sytuacji, udaliśmy się dalej na trekking, tym razem zamiast dwóch godzin trekkingu były aż cztery z odpowiednio długimi postojami. Nasza grupa świetnie się bawiła. Ktoś cały czas skręcał jointy i podawał ludziom. Więc cały dzień upłynął pod znakiem marihuany.

Podejścia nie były strome, ścieżka była wydeptana, żadnych hardcorowych przygód nie było, buty trekkingowe zamieniłem na sandały. Przy ostatnim podejściu, zorientowałem się, że osobami, które palą od rana jointy, są Hiszpanie, którzy mówili tylko w swoim języku. No, pomijając słowa „yes”, „no” które były wiadome. Jeden z nich odpalając kolejnego jointa, wskazał na niego, mocno się zaciągnął i podał do swojego kolegi. Kiedy wypuszczał dym z płuc, szeroko się uśmiechnął i powiedział po angielsku „ I love trekking”

Przy ostatnim podejściu trzeba było odrobinę się namęczyć bo było strome, gdy osiągnęliśmy szczyt wzgórza, zobaczyłem na niej wioskę plemienia, w którym będziemy nocowali.

Trekking w Chiang Mai

Wioska Tajskich górali w której spędziliśmy drugą noc.

Nasz przewodnik Szaman umieścił nas w jednej z chatek, która składała się z kuchni i, tak samo jak noc wcześniej, z wielu materacy położonych obok siebie.

Wieczorem zjedliśmy kolację, a Szaman grał nam na gitarze piosenkę Boba Dylana „Knocking on the Heavens door”. Tekst piosenki znał do połowy, ale sam refren powtarzał dziesiątki razy z różną szybkością i zmianą tonacji.

Trekking w Chiang Mai

knocking on heaven doors

W tle cykały świerszcze, słońce idealnie zachodziło, dało się odczuć klimat Tajskich Plemion górskich. Odwiedziły nas też kobiety z plemienia naszego przewodnika ubrane w stroje ludowe, oferując masaż, z którego skorzystały tylko dziewczyny. Jedna z kobiet po skończonym masażu przechodziła obok stołu, przy którym siedziałem z Dawidem, wyciągnęła nową Nokię i gdzieś zadzwoniła. I wtedy mnie uderzyło: że tak naprawdę ten trekking to dobry marketing, który napędzany jest przez innych ludzi, którzy przyjeżdżają tu bardziej na spacer niż na ekstremalne przeżycia w dżungli. Plemiona, w których turysta ma się poczuć jak Robinson Cruzoe nie istnieją, Coca-Cola już tu dotarła. A żeby było zabawniej, na samym początku dostaliśmy zakaz kręcenia się po wiosce bo jesteśmy gośćmi, a nie ładnie jest się kręcić po terenie gospodarza. Oczywiście złamałem ten zakaz i podzielę z Wami tym, co odkryłem: 200 metrów dalej, na drugim końcu wioski była taka sama chatka jak nasza wypełniona turystami, gdy zacząłem się bardziej rozglądać, zauważyłem, że te plemiona górskie tak ubogo nie żyją, ich domki są w miarę normalne, na niektórych są panele słoneczne oraz anteny satelitarne.

Trekking w Chiang Mai

Panele słoneczne.

Więc sama idea przemierzenia połowy świata i zobaczenia czegoś wyjątkowego okazała się bańką mydlaną, napędzaną przez strony internetowe oraz przewodniki. Oczywiście  przyjmuję też opcję, że akurat na taki obóz trafiłem, ale myślę, że trekking w całym Chiang Mai wygląda tak jak ten, na którym byłem.

Sama atmosfera tego wieczoru była fajna, granie na gitarze, poznawanie nowych gier karcianych (takich jak czym się różni Polskie Makao od Holenderskiego), ognisko, oraz duża ilość jonitów.

Trekking w Chiang Mai

Gra w Jęngę obowiązkowa.

Dzień 3

W tym dniu mieliśmy już wracać do Chiang Mai, wstaliśmy rano, zjedliśmy szybko śniadanie i udaliśmy się w dół wzgórza. Na samym dole był wg. Przewodnika dziki wodospad, do którego wszyscy wskoczyli. Mi ten wodospad nie przypadł do gustu, ponieważ znajdował się w podejrzanej lokalizacji czyli pod wioską i mógł służyć za kanalizację, sama woda miała inny kolor niż ten, do którego się przyzwyczaiłem w Erawan Waterfall. Nie skorzystałem z kąpieli. Po kolejnej godzinie marszu dotarliśmy na miejsce, gdzie czekały na nas pontony na rwącej rzece.

Trekking w Chiang Mai

Dziki wodospad, tylko lokalizacja podejrzliwa bo pod wioską…

I powiem szczerze, bardzo mi się podobał spływ pontonem pomiędzy skałami. Był dość długi i dało radę się zmęczyć. Na samym końcu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – był to spływ na bamboo raft czyli na tratwach zbudowanych z bambusów. Woda była spokojna, a sama głębokość wynosiła około metra. Na zakończenie płynąłem powoli odpychając się bambusowym kijem od dna by omijać przeszkody w postaci głazów. Tak mi się podobało, że dotarliśmy do mety jako pierwsi, gdzie czekał na nas Szaman z ostatnim obiadem.

Trekking w Chiang Mai

Rzeka na której jest spływ pontonowy i bamboo rafting.

Wszyscy zjedli go w spokoju, a Hiszpanie po nim tradycyjnie spalili jointy.

Nadszedł czas zrobienia wspólnego zdjęcia całej ekipy, wymiany adresów i pożegnania się z towarzyszami podróży, którzy przez ostatnie trzy dni dość mocno ze sobą się związali, niektórzy nawet od tamtego momentu razem podróżowali. Gdy podszedłem do Jose, Hiszpana, który przez trzy dni palił marihuanę i spytałem czy mu się podobało popatrzył na mnie zmęczonymi oczami, zaciągnął się resztką jointa i powiedział „no more trekking”

Trekking w Chiang Mai

Bye bye trekking w Chiang Mai

Wnioski

Z mojej relacji nie trudno wyciągnąć wnioski ile jest trekkingu w trekkingu.

Inaczej to sobie wyobrażałem, bardziej jak przygodę niż wycieczkę. Ale szczerze mówiąc byłem zadowolony z tego, że przez trzy dni mogłem spotkać wiele niesamowitych osób, poznać ich historie i cele podróżnicze. Z niektórymi po dzień dzisiejszy piszę i utrzymuję kontakt.

Jest mnóstwo zalet jak i wad takiej „wycieczki”, jest ona raczej dla każdego w każdym wieku bo w sumie jakby podliczyć mieliśmy 6 godzin marszu przez 3 dni, reszta to przerwy i czas spędzany w dość zabawny i nietypowy sposób. Jeśli chcecie udać się na prawdziwy trekking to polecam Wam Laos, tam jest prawdziwa dzicz i przydadzą się buty trekkingowe.

0

 likes / 7 Komentarze
Poleć ten post:

7
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
OlsszpawelK.konsumpcyjnyemiwdrodze Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
emiwdrodze
Gość

Sukhotai, czyli środek transportu???? Aaaaa, Sukhotai to takie miasto, a tu chodziło Ci chyba o songthaew 🙂

emiwdrodze
Gość

pytanie na jakie posty ten pierwszy rzut oka był 😉 Mam nadzieję, że na stare, kambodżańskie, bo ostatnio ponoć zdjęcia wychodzą mi coraz lepsze, choć zdaję sobie sprawę, że profesjonalistką nie jestem.

konsumpcyjny
Gość

Ja byłam na trekkingu w Ao Nang i bardzo mi się nie podobała ta wycieczka głównie z powodu złego traktowania słoni, na pewno już więcej się nie skuszę

K.
Gość
K.

Trochę to przykre, że ludzie nazywający siebie podróżnikami (bo takie rozgraniczenie podróżnika od turysty sam zawarłeś w innym poście, umieszczając swoją osobę w pierwszej kategorii) wciąż praktykują przejażdżki na słoniach, o których to naprawdę wiele już zostało napisane. Polecam przeczytać parę artykułów na temat słoni w Tajlandii, nietrudno wygooglować (http://expertvagabond.com/elephants-in-thailand/ ale także wiele innych źródeł sprzed 2012 roku) i dowiedzieć się czegoś, czego ignorancja owych wspomnianych „turystów” nie bierze pod uwagę.

Ols
Gość
Ols

Nie wiem czy kiedykolwiek zrozumiem turystów, którzy tłuką się przez pół globu, po to aby męczyć zwierzęta..

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec