Tak się wspina tu na wschodzie

Nadszedł kolejny gorący dzień w Sudaku. Na szczęście od początku pobytu na Ukrainie każdy dzień udało mi się spędzić bez kaca, tak było też tego dnia. No i pokazać publiczności tak się wspina tu na wschodzie.

Człowiek Koło na Ukraińskim szlaku

Człowiek Koło na Ukraińskim szlaku

Po porannej toalecie i przywitaniu się z wszystkimi szwędającymi się kotami , przystąpiliśmy do wymarszu nad morze. Ciekawostką jest to, że w Sudaku większość kotów nie ma oka, parę psów też widziałem z jednym ślepiem. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się dlaczego tak jest, w mojej głowie przerabiałem wszystkie opcje od Kuby Odbieracza Oczu aż po uprowadzenia przez UFO. Odpowiedź na to nurtujące pytanie była dość prosta. W Sudaku jest mnóstwo cykad, które przemieszczają się za pomocą skoko-lotu. I jak tak sobie rozpędzona cykada leci w powietrzu to musi gdzieś wylądować, przeważnie chce to zrobić na gałęzi ale nie zawsze jej się to udaje bo bezdomne psy i koty doszły do wniosku, że latające cykady są nadzwyczaj smakowite i pełne witamin.  I taki kot czekający na przelatującą kolację może źle wykalkulować skok przez co rozpędzona cykada niczym pocisk  5 cm  trafia go w oko i go go pozbawia.

W Sudaku mieliśmy ulubioną knajpę. Mieściła się ona w niedokończonym garażu na czyimś podwórku, a że było tam tanio i smacznie to właśnie tam przeważnie jedliśmy śniadania i obiado-kolacje. Młody chłopak, który pracował tam jako kelner na początku powiedział nam: „yes, I understand english”  więc była to dla nas knajpa marzenie. Jedliśmy to, co zamówiliśmy a nie tak, jak wcześniej, że idziesz na risotto, a dostajesz szaszłyka. Niestety po paru daniach wyszło na jaw, że nasz kelner nie do końca rozumiał angielski i posługiwał się nim raczej intuicyjnie, a wpadł przy zamawianiu naleśników z rana tego dnia.

Tak, to jest wnętrze knajpy w której jedliśmy, naleśniki robią słabe za to chłodnik pierwsza klasa

Tak, to jest wnętrze knajpy w której jedliśmy, naleśniki robią słabe za to chłodnik pierwsza klasa

Krzysztof niewyspany po poprzedniej nocy mówi sam do siebie, że zjadłby naleśnika.

Odwraca się do kelnera i mówi ”macie naleśniki?” Kelner odpowiada „da”. Krzysztof się upiera dalej „noooo, Pancakes”. Kelner odpowiada kiwając głową „yes”.  Krzychu pełen radości i nadziei, że zje coś innego niż jajecznicę, pyta „czy naleśniki są z dżemem ?”. Niestety na to pytanie nasz kelner już nie potrafił odpowiedzieć i pokręcił głową na „nie”. Krzychu machnął ręką i powiedział „dobra, obojętne, byle by były naleśniki”.

Po 15 minutach kelner podrzucił Krzychowi pod nos miskę z gorącym rosołem. Krzychu się załamał, a  z naszej strony poszła fala śmiechu i szyderstw. I tak toczyło się życie na Ukrainie – czasem dostało się to, co chciało się zjeść, a czasem nie.

Widok z drugiej strony Sudaku na wzgórze, które atakowaliśmy dookoła.

Widok z drugiej strony Sudaku na wzgórze, które atakowaliśmy dookoła.

Plan na tamten dzień był prosty: znaleźć idealną plażę z turkusową wodą i minimalną ilością ludzi dookoła. Więc ruszyliśmy na wschód wzdłuż deptaku. Przy końcu miasta Sudak wyrastała wielka skała, z mapy wynikało, że jest tam bardzo dobry cypel. Plan zakładał spacer wzdłuż nabrzeża i znalezienie miejsca. Wychodząc powoli z Sudaku i kierując się cały czas przy brzegu, natrafiliśmy w pewnym momencie na stolik z siedzącą babuszką, pobierającą opłatę za wejście do parku, który nie istnieje. Uzgodniliśmy, że przechodzimy obok babci na kozaku mijając wszelkie opłaty. Po niecałych 5 metrach zaczęła drzeć się jak stara mewa, więc wróciliśmy, bo by się jeszcze babcia rzuciła za nami w pogoń. Nie zapłaciliśmy ponieważ podejrzewaliśmy, że stolik został ustawiony po to by zarabiać na głupocie turystów.  Zrobiliśmy szybki de-tour i doszliśmy do wniosku, że ominiemy cypel ale z drugiej strony.

Pierwotnie plan zakładał obejście skały od strony brzegowej...

Pierwotnie plan zakładał obejście skały od strony brzegowej…

Od strony ulicy. I ruszyliśmy. Każdy miał 1,5 litra wody, ponieważ piwo już się skończyło, ja dodatkowo dzielnie niosłem sprzęt fotograficzny, Marcin swoje koło powieszone na szyi, a Krzychu  testował nowy rodzaj sandała- bez jednej podeszwy ponieważ podeszwa zaprotestowała  i została gdzieś na deptaku w Sudaku. Wielka przygoda dookoła cypla się zaczęła. Minąwszy znak mówiący, że  SUDAK w tym momencie się kończy, zwróciliśmy uwagę na wysypisko śmieci położone przy drodze.

... lecz niestety musieliśmy iść główną ulicą na plażę...

… lecz niestety musieliśmy iść główną ulicą na plażę…

Bardzo ekologicznie jak na nadmorskie miasto turystyczne. Po 30 minutowej katordze w słońcu doszliśmy na drugi koniec cyplu. Tam było jeszcze gorzej niż w Sudaku – kamienie gorące i tnące, a dookoła całe mnóstwo wodorostów. Uznaliśmy, że teraz wrócimy do Sudaku ale drogą przez nabrzeże.

... która okazała się niezłym syfem i...

… która okazała się niezłym syfem i…

... zaczęliśmy wracać, tylko od dupy strony.

… zaczęliśmy wracać, tylko od dupy strony.

Nie było już tam żadnych babć siedzących i próbujących wyłudzić pieniądze ponieważ teren się do tego nie nadawał- był całkiem stromy. Wyprawa ruszyła. Wszystko ze mnie spływało w tym żarze. Olejek przeciwsłoneczny zmieszany z potem spływał po mnie niczym kwas po kaczce. Rozebrałem się do minimum, ale nie wiedziałem co zrobić z chustą BUFF – czy zawiązać ją na głowę czy dookoła ręki by ścierać pot z czoła. Tempo marszu zwolniło ponieważ ścieżka była bardzo pochyła i najmniejszy poślizg kończył się na wystających z morza skałach. Więc nie było za ciekawie. Nasza ekipa przez wolne tempo bardzo się rozciągnęła i osoby z tyłu nie widziały ścieżki, którą szli ci z przodu. Niestety tymi osobami  byłem ja ze Szczubem.

Człowiek koło zastanawia się z której strony zaatakować skarpę tak by się nie stoczyć do morza

Człowiek koło zastanawia się z której strony zaatakować skarpę tak by się nie stoczyć do morza

Przy kolejnym stromym podejściu Szczub nie wytrzymał pochylenia na trasie i wyrzucił butelkę z wodą klnąc przy tym soczyście.  W sumie miał rację – to była trudna trasa. Kiedy nadeszła moja kolej w moich sandałach było tak mokro, że nie mogłem złapać równowagi. Też się wkurwiłem i tak jak Szczub wyrzuciłem wodę, ale miałem jeszcze cały sprzęt fotograficzny. Jak człowiekowi przychodzą przez głowę myśli żeby wywalić aparat i ratować swoje życie, to musi się bać lub być naprawdę wkurzony, na osobę, która dyktowała tempo. Był to Krzychu, na którego wydarłem się, że nie poczekał i niczym rasowy cham poszedł sobie w pizdu nie zważając na kolegów.

Idę na plażę, na plażę idę na plażę, na plaże... Uuuuuu

Idę na plażę, na plażę idę na plażę, na plaże… Uuuuuu

Niestety sytuacja była napięta jak baranie jaja, bo byliśmy nad morzem, na które szliśmy już niecałe trzy godziny. Po małej przerwie sytuacja nieco się zluzowała, ponieważ już nie musieliśmy skakać jak kozice górskie ale mieliśmy możliwość przejścia się po wydeptanej ścieżce. Nagle naszym oczom ukazała się zatoczka marzeń- było to miejsce, w którym nikogo nie było, a woda odbijała się o ściany jaskini. Było to miejsce dla nas.

Po paru godzinach marszu, w końcu odnaleźliśmy idealne miejsce

Po paru godzinach marszu, w końcu odnaleźliśmy idealne miejsce

ukraina 4.13

 

Po paru godzinnym marszu przez cyple, ścieżki góry, doliny i kotliny Sudaku odnaleźliśmy naszą plażę. Miałem wtedy dość wchodzenia i staczania się, a nie wiedziałem, że wieczorem udamy się na przeciwległą stronę by wspiąć się na twierdzę majaczącą groźnie nad miastem.  Jak już wspomniałem był chill – każdy skakał do wody i świetnie się bawił. Człowiek Koło odważył się wypłynąć daleko w morze na swoim dmuchanym  kole, które niósł przez całą drogę ( myślę, że na pewno jakiś rekord pobił np. w noszeniu koła do pływania na szyi po nierównym i wrogim terenie).

Marcin niczym wilk morski wypłynął ze swoim kołem w morze

Marcin niczym wilk morski wypłynął ze swoim kołem w morze

Zbliżał się wieczór , trzeba było wracać do naszego ulubionego garażu na obiado-kolację. Specjalnie obraliśmy trasę, którą nas nie puszczono za darmo, chcieliśmy zobaczyć czy babcia rzuci się o pieniądze, przecież nie weszliśmy od jej strony. Po drodze, jak to bywa na Ukrainie, mijaliśmy opalające się topless dziewczyny, żadna nie miała problemów z tym, że robi im się zdjęcie, no poza jednym wyjątkiem – pani, która pytała się nas o godzinę, brzmiało to jakoś w stylu „a idźcie w piździeć”, bardzo miła Pani.

Tutaj dziewczyny spotkane po drodze.

Tutaj dziewczyny spotkane po drodze.

- Halina, patrz jakie wielkie koło !

– Halina, patrz jakie wielkie koło !

Nasza wycieczka zmierzała ku końcowi, każdy przechodząc obok babci, która parę godzin temu chciała od nas pieniądze niczym Troll za przejście przez most pozdrowił ją serdecznym uśmiechem mówiącym „ Na nas mendo nie zarobisz”. Zbliżając się do pierwszego wodopoju z piwem, dowiedzieliśmy się, że kiedy nas nie było w Norwegii wybuchły bomby, a Amy Winehouse nie żyje. Były to główne tematy goszczące przy późniejszej kolacji  i wódce.

Widok z twierdzy Sudaku na Nowy Świat

Widok z twierdzy Sudaku na Nowy Świat

Po kolacji, jak co wieczór zaczęliśmy się chłodzić przy wódce, której powoli wszyscy mieli serdecznie dość i trzeba było zacząć szukać substytutu.  W tym samym momencie wyszedł dzieciak naszej samotnej sąsiadki, który się do nas przylepił. Jak już wspomniałem, jeden z Asów miał plan zdobycia MILFA poprzez kontakt z jej dzieciakiem.  Kolega miał plan zacząć go uczyć liczyć po angielsku, a potem jakoś to będzie. No i się zaczęło: one, two, three, four, dzieciak powtarza, w tym samym momencie wybiega matka młodego i zaczyna go opierdzielać, pewnie za to, że się zadaje z takimi świniami jak MY. Kolega próbował jeszcze udobruchać  wkurzoną mamę ale nic go nie uchroniło przed jej gniewem. Pewnie była wkurzona za poprzednie noce chlania i chrapanie do białego rana.  Ach, ci sąsiedzi. Po wódce udaliśmy się na twierdzę położoną na szczycie góry w Sudaku.

Podzieliliśmy się na dwie ekipy, ponieważ jedna jeszcze piła i ruszyliśmy. Droga nawet nie była długa – wystarczyło jakieś 30 minut piechotą i już wspinaliśmy się do pierwszej obronnej baszty. Po drodze, na murku wzdłuż schodów stało mnóstwo dziadków, którzy za małe pieniądze sprzedawali samogon. Nie skusiliśmy się.  Mijając ich staliśmy już przy kasie, pamiętam, że bilet wstępu miał dość wygórowaną cenę jak na ruiny. Po przekroczeniu pierwszych murów obronnych skierowaliśmy się  na górny zamek.tak się wspina tu na wschodzie

W pewnym momencie poczułem rytm afrykańskich bongosów. Ruszyliśmy za dźwiękiem i okazało się, że było tam trzech murzynów przebranych za afrykańskich wojowników, którzy tańczyli. Mieli wokół siebie większe zainteresowanie niż przejażdżka na wielbłądach,  potrzymanie sokoła w specjalnej rękawicy czy zdjęcie z małpką. Chłopaki robili furorę, a ludzie piszczeli ze szczęścia. To niesamowite jak czarny brat z Afryki może zrobić biznes. Jeden z nich podbił do nas i po szybkiej rozmowie okazało się, że są to studenci, którzy zarabiają na wakacjach…  Najlepsze jest to, że parę godzin później w nocy, zauważyliśmy ich w centrum miasta, ludzie reagowali mniej więcej tak.

Saszaaaaa, patrz murzyn —————> biegli i robili zdjęcia niczym jakiejś unikalnej atrakcji turystycznej lub celebrycie.  Najwyraźniej bracia z Afryki rzadko zaglądają do Sudaku bo w nocy pół miasta za nimi biegało aby zrobić im zdjęcie.

Wracając do naszej historii – po dotarciu do następnego muru obronnego, który znajdował się na szczycie, odbiliśmy się od kolejnej bariery w postaci kolejnej kasy, nie chciało mi się płacić kolejnych hrywien, wiec uznaliśmy, że wbijemy się na szczyt wzgórza od dupy strony, czyli wchodząc po skale.

Sudak

Tak, dokładnie po tym nasypie trzeba tam wejść

Stojąc na samym dole i wpatrując się w szczyt, na który zamierzałem się wspiąć z kolegami przełknąłem ślinę. Myślałem, że tego dnia stracę życie, osuwając się z nasypu wcześniej szukając idealnego miejsca na plażowanie. To, co wyrastało przed nami to była misja samobójcza z dobrym widokiem na horyzont. Zaczęliśmy się wspinać. Kamienie były śliskie i nie było żadnej regularnej drogi prowadzącej na szczyt. Po prostu jak się znalazło wgłębienie w skale to się wchodziło wyżej, a przy wymijaniu ludzi, którzy schodzili w dół trzeba było się przytulić do skały. Im wyżej, tym groźniej. Żeby tego było mało jacyś idioci regularnie rozwalali butelki po piwie, więc podjazd przypominał jedną z gier przygodowych na Xboxa  z poziomem trudności very hard. Wchodząc coraz wyżej i zastanawiając się w co się znowu wpakowałem, przy głośnym „o kurwa” przy chwilowej utracie równowagi spotkaliśmy Polaków. Byli oni tak samo zaskoczeni jak my, że nikt z nas nie mówi po rosyjsku, a tak daleko dotarliśmy. „No i uważajcie na tych Polaków, którzy siedzą na szczycie i chleją wino”– ostrzegli i ruszyli w dół na tyłku,  pośladkami wymijając szkło po butelkach leżące zdradziecko w szczelinach.

tak się wspina tu na wschodzie

Tak się wspina tu na wschodzie. Przy większym spadzie nie za bardzo miałem jak zrobić zdjęcie, chyba że lecąc w dół.

Okazało się, że hałasującą bandą Polaków jest nasza ekipa, która skorzystała z usług dziadków na dole i kupiła samogon. Sam trunek okazał się zabójcą strachu ponieważ nasi koledzy skakali nad przepaścią  niczym kozy górskie w Afganistanie.  Odbyło się spotkanie na szczycie przy tanim winie, gdzie dowiedziałem się, że to, co sprzedają na drodze jest smaczne i kopie. Sam widok na górze był niesamowity, do tego dochodziła złota godzina fotografa- jest to moment kiedy słońce zachodzi i można zobaczyć unikalny zachód, a chmury przybierają różne kolory.

tak się wspina tu na wschodzie

Twierdza zdobyta

tak się wspina tu na wschodzie

Widok z Twierdzy w stronę Sudaku

Droga prowadząca na dół była taka sama jak przy wchodzeniu, ale samogon dodał odwagi więc  zaczęliśmy schodzić. Gdy dotarliśmy na dół było już całkiem ciemno. Nie wyobrażam sobie schodzenia po tej śliskiej skale w kompletnych ciemnościach. As opróżnił butelkę z resztek wina po czym chciał wyzwać na pojedynek stojącego opodal centaura  (tak, tak, na Ukrainie są centaury).

Tomek vs. Centaur

Tomek vs. Centaur

Potem Tomkowi na drodze stanął groźny krzak, który też chciał się pojedynkować.

Tomek vs. Groźny Ukraiński Krzak

Tomek vs. Groźny Ukraiński Krzak

Najwyraźniej był to bardzo dobry samogon. Przy zejściu na dół spotkaliśmy ostatniego dziadka, który już zwijał interes. Dla niego był to złoty strzał ponieważ wracał do domu bez żadnej butelki z winem i z myślą, że jutro ma przynieść dla nas dwa razy więcej alkoholu. A dla nas? Dla nas dopiero zaczął się wieczór, z tą różnicą, że tym razem mamy coś mocnego do picia.

Za tydzień ostatnia część historii wyprawy osiedlowych chłopaków na Ukrainę.

Za tydzień ostatnia część historii wyprawy osiedlowych chłopaków na Ukrainę.

0

 likes / 0 Komentarze
Poleć ten post:

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec