09
Cze-2012

Rzeżucha czyli oszustwa w języku ubungu

Rzeżucha czyli oszustwa w języku ubungu 

Oszustwa zdarzają się wszędzie. Są tak powszechne jak przydrożne straganiki z Pad- Thai w Tajlandii. Możemy wyróżnić wiele rodzajów oszustw, ale absolutnie nie mam tu na myśli szwindli w stylu, „Byłam z moim chłopakiem w Egipcie, bo wczasy były w promocji poza sezonem i nie dostaliśmy pokoju jaki był w katalogu”. Mam na myśli oszustwa, z którymi zmaga się backpaker codziennie lub na jego nieszczęście nawet dwa razy dziennie. Przez ostatnie lata podczas podróży z plecakiem poznałem naprawdę skuteczne metody wyłudzania pieniędzy od turystów. Myślę, że jakby prowadzony był ranking to Azję można by uhonorować pierwszym miejscem, nie tylko za tupet i bezczelność ale i za oryginalność.  

Can I please two chicken cakes…. yyyy… no,no, chicken heads…

Oszustwa na kurczaczki 🙂 Can I please two chicken cakes…. yyyy… no,no, chicken heads…

I tak dla przykładu mogę podać klasyczne wyłudzenie na herbatę ze studentami. Typowałbym większe miasta na wschodzie, w których można się na to załapać, miasta jak Szanghaj, Bangkok, Hong – Kong czy Pekin. Jeśli chcecie szukać, radzę Wam w większych miejscach bardziej turystycznych gdzie jest pełno ludzi. Mi przytrafiło się to w Pekinie, dokładnie pod wejściem do Zakazanego Miasta. Kiedy spacerowałem i robiłem zdjęcia z moim Polskim przewodnikiem namierzyła nas trójka studentów, którzy następnego dnia jechali do domu, ale chcieliby spędzić z nami czas ćwicząc przy tym swój angielski. Każdy kto wystarczająco długo podróżuje, czasem ma w sobie system alarmowy, który informuje go przed nadciągającym niebezpieczeństwem lub utratą pieniędzy. Wojciech Cejrowski ma swoją kosmatą panikę, która mówi mu kiedy jest źle, Tomek Michniewicz ma swojego Rogera, a ja mam Czerwoną lampkę, która zapala się w mojej głowie i wydaje odgłos syreny strażackiej. I wtedy, jak jedna ze studentek powiedziała mi, że jestem przystojny jak Brad Pitt, to syrena zawyła… Ale nie chciałem być niemiły dla nowo-poznanych studentów i mojego przewodnika… zresztą był to mój pierwszy gruby wyjazd do Azji i byłem ciekawy, byłem tam gościem.   Przyjacielscy studenci zaprowadzili nas do knajpki z herbatą, która miała aż jeden pokój i miła podstarzała kelnerka podała nam menu. Ja zamówiłem piwo, moja przewodniczka kawę. Sprawdziliśmy dokładnie ceny w menu. Nasi studenci zamówili chrupki, mandarynki oraz herbatę. Atmosfera była super, obierali dla nas mandarynki, piliśmy z nimi herbatę, podjadaliśmy chipsy. Kiedy chciałem zrobić im zdjęcie usłyszałem uprzejmą odpowiedź, że nie można im robić zdjęć tracą przez to kawałek duszy. Moja syrena zawyła ponownie, ale ją zignorowałem i zacząłem grzebać w myślach gdzie ja słyszałem ten fragment o traceniu duszy, w jakim to filmie było. Gdy wjechał rachunek każdy wpadł w panikę, tylko nie ja. Ja byłem jeszcze na błogiej nieświadomce, bo język chiński nie jest moją mocną stroną, ale z atmosfery panującej w pokoju dało się wyczuć że nie jest dobrze. Więc wjechał rachunek w przeliczeniu 100 euro, a że żarłem ich mandarynki, jadłem chipsy i piłem herbatę z tysiąca lat podzieliśmy się rachunkiem i zapłaciłem 50 euro. Na koniec dostałem herbatę, którą piłem… w sumie trzymam ją w szafie 3 lata od tamtego zdarzenia, więc jak ktoś chce wpaść do mnie na herbatę która ma 1003 lata, to zapraszam.

Był to mój pierwszy i ostatni przekręt na jaki dałem się nabrać w Azji. Jest też na tą sytuację sposób. Jeśli kiedyś natraficie  na podobnych ludzi i będziecie mieli 30 minut to możecie się zabawić ich kosztem. Zgadzacie się pójść z nimi na tą herbatkę, kiedy siądziecie  przy stoliku zamówcie sobie coś do picia gdzie cena będzie podana, Wasz nowy przyjaciel prawdopodobnie zamówi parę rzeczy i będzie chciał Was nimi częstować,  i tak będzie podsuwał mandarynki, to mu się odpowiada, że Religia z Polski zabrania nam jeść mandarynki,  będzie chciał polać herbatą, to dziękujemy i mówimy, że mamy uczulenie itp.  Posiedźcie sobie 30 minut, poczekajcie na rachunek i napawajcie się chwilą, w której biedny student będzie się tłumaczył. Oczywiście nie dawajcie mu żadnych pieniędzy bo za co jak się nic od niego nie jadło i piło. Savi ?

Wejście do Zakazanego Miasta w Pekinie nocą.

Wejście do Zakazanego Miasta w Pekinie nocą. W jego okolicy oszustwa są na porządku dziennym.

W Bangkoku i Pekinie przy Grand Palace i Zakazanym Mieście możecie trafić też na naciągaczy, którzy będą Wam mówili, że główne atrakcje są już zamknięte i zapraszają do budynku obok gdzie jest wspaniała wystawa obrazów. Jak ich posłuchacie i tam pójdziecie będziecie musieli coś kupić lub zapłacić za wejście przy wyjściu. Najlepsza rada to: ignorować ich.   Podczas moich wypraw do Azji w trakcie podróżowania lokalnymi środkami transportu często spotykałem się z sytuacją, że późnym wieczorem kierowca zatrzymywał się gdzieś na przystanku przy ulicy X  i kazał wysiadać. Oczywiście pod przystankiem był zaprzyjaźniony hotel, pewnie jego kuzyna, który za drobną opłatą 20 dolców Was przenocuje. Z tej sytuacji są dwa wyjścia. Dość proste. Pierwsze: on nie mówi po angielsku, Ty nie mówisz po angielsku. Jak masz kupiony bilet do stacji głównej, to najlepszą metodą jest siedzieć jak baran, patrzeć na niego i nie reagować, nawet się nie kłócić, po prostu nie podejmować rozmowy. Po 5 minutach zrezygnowany kierowca  ruszy, a Ty znajdziesz się na dworcu głównym. Oczywiście trzeba przetrzymać te 5 minut pod presją przy pełnej publiczności w autobusie.

Tak się wozi w Laosie... czasem nawet w porywach do dwóch dni :)

Tak się wozi w Laosie… czasem nawet w porywach do dwóch dni 🙂

Druga metoda polega na tym, że wysiadasz z autobusu, patrzysz w prawo, następnie w lewo, rozglądasz się konkretnie za przygodą, a potem idziesz szukać taniego hotelu. No chyba, że podróżuje się na bogato to stać na hotel, ale równie dobrze można polecieć na wakacje z biura podróży, prawda ? Z najbardziej zuchwałym oszustwem spotkałem się na granicy Laosu z Kambodżą, opiszę bo jest zabawne. Jak chcemy się przedostać przez granicę w rejonie Don Det to specjalne autobusy zabierają Cię pod granicę. Ceny biletu autobusowego się negocjuje i z Don Dat do stolicy Kambodży dotrzemy nawet za 10 dolców. Wszystko zależy od  umiejętności negocjatorskich. Wracając do granicy. Jak już tam będziemy i chcemy wyjść z Laosu, to siedzi sobie Pan w drewnianej budzie,  która przypomina budę z Fast Foodem gdzieś w okolicach Łeby  i przy pieczątce krzyczy ONE DOLAR. W 90 % ludzie, którzy tam podchodzą dają mu tego jednego dolara. Jeśli masz tupet i byłeś tam już wcześniej nie dajesz mu tego dolara i idziesz dalej na pewniaku, chłopa co najwyżej zamuruje, w najgorszym przypadku może coś tam do Ciebie pokrzyczeć. Między Laosem a Kambodżą jest około 50 metrów ziemi niczyjej. Na tej ziemi jest profesjonalny stolik do lemoniady przykryty białym obrusem, przy którym siedzi dwóch chłopów w kitlach lekarskich z elektronicznym termometrem, którzy naprawdę bardzo starają się wyglądać profesjonalnie. Sprawdzają oni czy człowiek nie wnosi żadnej choroby tropikalnej do Królestwa Kambodży. Oczywiście opłata obowiązkowa w wysokości jednego dolara. Kolega, który był ze mną i za późno zaszczepił się na wyprawę  miał objawy WZW, siadała mu wątroba, oczy miał żółte jak w serialu dr. House. Siada przy tym stoliku, inspekcja sanitarna królestwa Kambodży go bada, termometr zapiszczał jak u każdego, lekarz stwierdził że jest Ok., one dolar. I go puścił. Ostatnim elementem legalnego oszustwa jest trzecia budka postawiona na Granicy Kambodży. Jak już kupi się wizę i zostanie ona wklejona do naszego paszportu, to tłusty strażnik przebije ci ją pieczątką, za jednego dolara oczywiście. Oficjalnie wiza kosztuje 20 dolarów, ale tam na granicy może dojść nawet do 25 dolców zależy od humoru strażników granicznych. Najlepszym sposobem jest pewność siebie i dobry rozpęd na samym początku, jak idziesz pewnie to nikt Cię nie zatrzyma, nikt nie każe płacić. Wchodzisz jakbyś był tam tysiąc razy. Niestety  większość ludzi na to się nabiera, a to ciągnie reakcje łańcuchową, bo jak biały się nabierze to oskubiemy go później na inny sposób.

Jeden z płatnych mostów na Don Dat.

Jeden z płatnych mostów na Don Dat.

Długo nie trzeba szukać naciągaczy i oszustów, są oni wszędzie. Spotkały mnie sytuacje, kiedy chciałem przejść przez most, a na jego końcu była ustawiona tabliczka informująca, że przejście kosztuje jednego dolara, pamiętam, że zażartowałem do kolegi, że jeszcze spotkamy się z przypadkiem, że przejście przez ulicę będzie kosztowało dolara. I chyba jakiś tubylec mnie podsłuchał bo dzień później przekraczając ulicę w Laosie, ktoś krzyknął za mną One dolar. Niestety nie wiem czy dla żartu czy na serio, zignorowałem go. Z najbardziej niesmacznym oszustwem spotkałem się podczas jedzenia obiadu w pewnej knajpce w mieście Ayutthaya. Podszedł do nas manager lokalu z telefonem komórkowym i słabym angielskim. Oznajmił, że jego znajoma z USA została okradziona w Bangkoku, zresztą ona to wyjaśni i podał mi telefon. W słuchawce rzeczywiście mówiła kobieta ale jej amerykański akcent bardziej pochodził ze stanu Południowa-Tajlandia. Przerażona Tajka mówiła, że została okradziona, i żebym jej zrobił przelew pieniężny, a ona jak będzie w Ayutthaya to na pewno mi odda. W miedzy czasie zerkałem na managera lokalu i lekko uśmiechającego się kelnera, który stał przy stole. Czerwona lampka plus syrena. Oddałem bez słowa telefon, zapłaciłem za jedzenie bez napiwku, wstałem i wyszedłem… no chociaż by mogli dać sobie spokój z wyłudzeniem kasy przy jedzeniu.

oszustwa

Zakazy są po to by je łamać… lub zrobić dobrą fotkę 🙂

Na koniec napiszę, że absolutnie nie narzekam na Azję i ich próby wyłudzenia pieniędzy, u nas w Europie też mamy naciągaczy i nie chodzi mi o taksiarzy na lotnisku Chopina w Warszawie. Podczas zwiedzania Paryża parę lat temu, chciałem zobaczyć bazylikę Sacre – Couer. Na samym dole stoją ziomki, którzy podchodzą do turystów i chcą się z nimi zaprzyjaźnić nakładając im na palce sznureczki. Jak któremuś uda się założyć to oznajmia, że on ci coś dał, a teraz Ty musisz mu coś dać w zamian, przeważnie żądają 1 Euro. Jeśli chce się zdjąć ten sznureczek z palca to on bardziej się zacieśnia i prowadzi to do nieuchronnego zerwania go z palca. Próba odmówienia lub olania swojego nowego kolegi może prowadzić do nieprzyjemnej reakcji w postaci poznania reszty jego przyjaciół i głębokiej dyskusji z nimi ale na pewno nie o stylu zaprojektowania Bazyliki. W drodze na górę można zauważyć setki małych sznureczków zerwanych z palców. Moja rada – ręce w kieszenie aż na samą górę.

Na zakończenie chcę napisać, że oszustwa są wszędzie, tylko od nas zależy czy damy się nabrać i jak to przyjmiemy. Czasem nie ma co niepotrzebnie się denerwować po stracie paru dolarów, tylko przyjąć to na klatę i w przyszłości się z tego śmiać, jeśli jest gorzej wezwać na Policję turystyczną. Jestem pewien, że każdy backpaker spotkał się z innymi oryginalnymi sposobami wyłudzenia lub oszustwa. Najlepszym sposobem żeby nie paść ofiarą oszustwa jest zapoznanie się z regionem, w który się udajemy, ale nie z przewodników książkowych bo mogą być nieaktualne lub wiele rzeczy może być pominiętych. Korzystajcie ze stron dla backpakerów, blogów i innych witryn internetowych poświęconych podróżowaniu. Szerokiej drogi, wolnych miejsc w busie i ciekawych przygód. Paweł czyli Człowiek Przygoda.

1

 likes / 0 Komentarze
Poleć ten post:

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
Joanna Julia
Gość

Fajny tekst. Przekrętów w Azji, co niemiara. Na początku się strasznie irytowałam, jak mnie próbowali oszukać/naciągnąć, potem już przywykłam, część patentów poznałam. Ale i tak zawsze znajdują nowe sposoby.

Zuza
Gość

Ech, o oszustach polujących na naiwnych turystów można by niestety pisać i pisać… Swoją drogą wyjątkowo kreatywne te oszustwa.

boliviainmyeyes
Gość

A widzisz! Ja mialam podobna przygode ze studentami w Maroku;) hahaha, ale na szczescie skonczyla sie ona na stawianiu obiadu:) Co do wymuszania pieniedzy na punktach kontrolnych, to u nas tak dziala policja. Niestety, konsekwencje odmowy 1$ moga sie wiazac z tymczasowym zatrzymaniem… Ten swiat pelen jest rzerzuchy!;)

lkedzierski
Gość
lkedzierski

z jednej strony możemy się denerwować, że ktoś nas naciągnął lub zwyczajnie oszukał, jednak co mi się bardzo podoba w Azjii to, że nie ma (lub jest tego dużo mniej niż w Europie) zwykłego żebractwa – tam zawsze ktoś coś ma co ci proponuje zaoferować, a to wypuszczenie ptaszka z klatki, a to pokarm dla rybek, a to lipne pocztówki – czyli wkłada w to swoją pracę, a nie zwyczajnie w świecie żebrze…

chociaż jak widziałem program o naciąganiu na mleko dla dziecka gdzieś w wioskach Kambodży to mi się nóż w kieszeni otwierał 🙂

pojechana
Gość

Nie wierzę, że nabrałeś się na ten myk z herbatą! Niezły azjatycki „chrzest”, co? W Shenzhen, gdzie mieszkam, na granicy z Hong Kongiem, spacerują sobie elegancko ubrani panowie z teczuszką udający biznesmenów (w sumie to nimi są, ale po azjatycku). Zrównuje się taki z Tobą krokiem, gdy już jesteś po stronie Shenzhen i zagaduje. A potem, tak po koleżeńsku (bo przecież już się zaprzyjaźniliście) poleca Wam hotel, w którym sam się zatrzymał podczas tej „biznesowej podróży”. No i oczywiście on tam właśnie jedzie, więc możecie się z nim zabrać. W ten sposób przepłacacie za taksówkę i za hotel rzecz jasna,… Czytaj więcej »

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec