06
Wrz-2012

My nie znaju Bakczysaraju

My nie znaju Bakczysaraju

Historia wyprawy osiedlowych chłopaków, którzy udali się na Ukrainę zmierza ku końcowi. Zakończenie powinno być z morałem, więc będzie i to w Bakczysaraju.
Zanim jednak napiszę „the end” i opuścimy Sudak streszczę jeszcze jedną, góra dwie historie. Nasz pięciodniowy pobyt w Sudaku nie składał się jedynie z picia, leżenia na plaży i obserwowania dziewczyn. O nie.  Udaliśmy się nawet do niedaleko położonej miejscowości, którą polecał jeden z wielu kiepskich przewodników dostępnych na polskim rynku. Miejscowość nazywała się Nowy Świat i położona jest parę kilometrów na zachód od Sudaku. Aby tam dotrzeć trzeba wziąć jedną z marszrutek, które przejeżdżają przez główną ulicę miasta co 15 minut i spróbować się w niej zmieścić. Uwierzcie, nie jest to łatwe. Na przystanku stała tylko nasza trójka- Radek, Krzychu i ja, kiedy podjechała jedna z marszrutek i otworzyły się drzwi to wypadli z niej jacyś ludzie. Radek i Krzychu wskoczyli szybko w pierwsze drzwi przy kierowcy, nie dając szans pasażerom, którzy wypadli z otwartych drzwi i w szoku próbowali w nie ponownie wskoczyć.

Widok z jednego ze wzgórz na park w Nowym Świecie.

Widok z jednego ze wzgórz na park w Nowym Świecie.

Ja próbowałem wskoczyć w ostatnie drzwi biorąc rozbieg z trzech metrów licząc przy tym na to, że fizyka załatwi za mnie resztę. Jestem osobą ważącą około 70 kg czyli mam dość szczupłą sylwetkę więc nawet gdyby mi się nie udało przesunąć ściany ludzi wystających z drzwi to wbiłbym się przynajmniej w jakąś szczelinę między ciałami. Byłem bardzo zdziwiony kiedy zbierałem się z chodnika, a marszrutka zaczęła zamykać drzwi i ściskające ciała zniknęły za ich skrzydłami. Rozwiązaniem było cofnąć się o przystanek lub dwa i dopiero wtedy wsiąść do na wpół wypełnionej marszrutki.

Droga z Sudaku do Nowego Miasta trwała niecałe 20 minut i pełna była ostrych zakrętów, natychmiastowego zajeżdżania silnika by wjechać pod górkę oraz hamulca ostatniej sekundy. W środku nie było się czego trzymać, był taki ścisk, że za utrzymanie równowagi odpowiadały głównie nogi, a jak to nie wychodziło to opierało się na sąsiedzie i on trzymał.  Na przystanku czekał na mnie Krzychu z Radkiem i ruszyliśmy w stronę odkrycia Nowego Świata. Niestety nazwa tej miejscowości była podchwytliwa, a osoba, która pisała przewodnik widziała tą miejscowość chyba na obrazkach w Google. Dookoła wzgórz wyrastało pełno żelbetonowych konstrukcji niedokończonych hoteli, które chyba już nigdy nie doczekają się otwarcia. Deptak przypominał ten w Sudaku, tylko, że był wiele razy mniejszy i krótszy. Plaża niestety była też tej samej jakości- od czasu do czasu z Morza Czarnego przy brzegu wyłaniał się jakiś pręt. Sytuacja poprawiła się przy wejściu do Parku w Nowym Świecie – kolor wody wrócił do turkusowego.ukraina 4.33

Wąską ścieżką udaliśmy się wzdłuż zatoki w Nowym Świecie, po drodze mijaliśmy turystów, których nie brakowało na szlaku, a lwia ich część siedziała na każdym możliwym skrawku kamienistej plaży i zażywała kąpieli słonecznych. Urozmaiceniem na naszym szlaku była jaskinia, w której spotkaliśmy naszych kolegów z Afryki, którzy tym razem przebrani byli za tańczące i śpiewające dzikie plemię. Wśród turystów są oni większą atrakcją niż sosna Sudecka, która rośnie tylko w dwóch miejscach na świecie m.in. w Nowym Świecie. Za jaskinią jest kolejne wzniesienie z plażą na dole, na której jest tyle samo ludzi, co na poprzedniej. Wniosek końcowy dotyczący Nowego Świata jest taki, że miejsce jest ładne ale nie zachwyca na maksa, idealne na jednodniową wycieczkę by uwolnić się od tłumów z Sudaku i miło spędzić czas w mniejszym tłumie.ukraina 4.34

Większą atrakcją niż Nowy Świat był dla mnie powrót marszrutką do Sudaku. Drugi raz w życiu się tak bałem, a po raz pierwszy myślałem, że skończymy na dnie morza, wcześniej dachując i lądując z głośnym wybuchem niczym bohaterzy amerykańskiego filmu. Na początku wszystko wyglądało pięknie- w środku mało ludzi i znośnie. Stałem z chłopakami w tylnej części marszrutki czując się jak kurczak w piekarniku i myśląc, że jak ruszymy to przynajmniej będzie chłodniej. Kierowca ruszył, może nie ruszył- odpalił jakby to było Apollo 13 wchodząc przy tym w pierwszy zakręt niczym Kubica. Prowizorycznie zacząłem szukać czegoś do złapania się.  W drodze powrotnej byłem przy oknie więc widziałem jak autobus szybko wjeżdża pod górkę i bierze ostre zakręty nie zwalniając przy tym. Pomyślałem sobie wariat, ale jak zobaczyłem kwadratowe bloki kamienne 20 centymetrów od drzwi, a za nimi 30 metrową przepaść prowadzącą prosto do morza, to zawyła w mojej głowie syrena ostrzegawcza, a ja zacząłem panikować. Facet wjeżdżał driftem autobusem wypełnionym ludźmi w zakręt położony na krawędzi klifu. Czegoś takiego w życiu nie doświadczyłem. Drążek, którego się trzymałem był tak śliski od potu, że zacząłem szukać innego oparcia. Gdy przemknąłem wzrokiem po twarzach współpasażerów widziałem panikę i strach w ich oczach, niektórzy byli już pogodzeni ze śmiercią. W tym samym momencie pod moimi stopami w zawieszeniu coś pękło i marszrutka przechyliła się odrobinę na prawą stronę. W tłumie ludzi ktoś zaczął się modlić, a część pasażerów miała zamknięte oczy z przerażenia. Pomyślałem sobie „ale jazda… zginiemy”. Odwróciłem się do Krzycha i przekazałem mu na głos :

– Krzychu, kurwa, zaraz zginiemy – powiedziałem spanikowany

– Co ty pierdzielisz podróżniku –  Krzychu się roześmiał – Przecież ten gościu tą trasą jeździ codziennie –  próbował mnie uspokoić.

Nic mu nie odpowiedziałem, ale z biegiem czasu sądzę, że on naprawdę nie był świadomy, że balansowaliśmy nad przepaścią. Po niecałych 10 minutach bus się zatrzymał. Miałem tej podróży na tyle dość, że jak tylko zobaczyłem znajome ulice to wyskoczyłem z busa. Minęło parę długich chwil i kilka głębszych zanim znormalniałem po tej przejażdżce. Więc jeśli wesołe miasteczko w Blackpool we Wielkiej Brytanii jest dla Was za słabe, a podróż Speed boatem po Mekkongu pędząc między skałami nie podnosi adrenaliny to udajcie się do Sudaku i weźcie marszrutkę do Nowego Świata. Jak będziecie mieli szczęście do kierowcy to zobaczycie co to są mocne wrażenia podczas podróży.

Nasza wyprawa dobiegała końca i trzeba było wracać z powrotem do Kijowa. Trasa powrotna odrobinę różniła się od początkowej ponieważ tym razem nie mieliśmy bezpośredniego pociągu ale z przesiadką. Więc trzeba było wyruszyć wcześniej do Symferopola ponieważ pociąg mieliśmy o 9 rano. Uzgodniliśmy, że nie będziemy ryzykowali spóźnienia więc do Symferopola pojedziemy dzień wcześniej i zrobimy sobie jednodniową wycieczkę. Nadszedł czas pożegnania z Sudakiem. Do Symferopolu udaliśmy się minibusem, który dość szybko nas przewiózł. Trzeba było jeszcze znaleźć w Symferopolu nocleg, ale wszyscy znali rutynę- dwie osoby odpoczywają i pilnują bagaży, a cztery szukają noclegu. Tym razem była moja kolej pilnowania bagażu i jak to bywa na dworcach, przysiadł się do mnie żul, który wyciągnął ciepłą wódkę w plastikowym kubku zamkniętą sreberkiem niczym jogurt i zaczął rozmowę. Po krótkiej wymianie zdań i identyfikacji mojej narodowości powiedział, że zna jeden taki polski film nazywa się „Czterej tankiści i Sabaka” po czym otworzył swój plastikowy kubek i opróżnił jego zawartość jakby to była zimna coca-cola. Wstał, kubek wyrzucił do śmietniczka, pożegnał się i poszedł w kierunku południowym, z którego akurat wracała ekipa z wiadomością, że mamy nocleg.

Krzychu pilnujący bagaży.

Krzychu pilnujący bagaży.

Po szybkiej instalacji w naszym nowym lokum stwierdziliśmy, że mamy prawie cały dzień dla siebie i możemy pojechać do Bakczysaraju. Według Przewodnika jest tam piękne skalne miasto. Idealna wycieczka na parę godzin. Z doświadczenia wiem, że przewodniki przekoloryzowują rzeczywistość, ale nie mieliśmy nic innego do roboty więc udaliśmy się na dworzec gdzie kupiliśmy bilety do Bakczysaraju.

Pociąg mieliśmy za niecałe 20 minut więc szybko udaliśmy się na odpowiedni peron.  Lokalne, ukraińskie InterRegio przybyło o czasie. Wpakowaliśmy się do gorącego przedziału. Pociąg ruszył do Bakczysaraju, a starszy miły Pan, który siedział niedaleko nas poczuł chęć rozmowy z turystami i się do nas dosiadł.

Rozmowa z nowo poznanym towarzyszem podróży o skarbach zakopanych podczas II Wojny Światowej

Rozmowa z nowo poznanym towarzyszem podróży o skarbach zakopanych podczas II Wojny Światowej

 

Nazwałem tego miłego Pana „Cebulowy Rycerz” na cześć jednej z postaci „Gry o Tron”ponieważ, delikatnie mówiąc, zajeżdżało od niego cebulą. Jak człowiek do niego mówił to na jednym wydechu. Opowiedział nam o zakopanym skarbie w postaci złota i wielu innych informacjach np. jak z dworca głównego w Bakczysaraju trafić do interesującego nas skalnego miasta oddalonego od centrum niecałe 3 kilometry.  Pociąg się zatrzymał, a nasz nowy towarzysz oznajmił nam, że tu wysiadamy i że jeszcze przejdzie się z nami kawałek na przystanek i wskaże nam prawidłowy autobus. Tak też uczynił. Co mogę napisać.. oby było więcej takich ludzi na tym świcie. Nawet fakt, że nie do końca się rozumieliśmy nie był dla nas przeszkodą. Przed dworcem zrobiłem jeszcze pamiątkowe zdjęcie z Cebulowym Rycerzem po chwili siedzieliśmy już w busie jadącym prosto do Skalnego Miasta.

Pożegnalna fota z naszym ziomkiem spotkanym podczas podróży do Bakczysaraju

Pożegnalna fota z naszym ziomkiem spotkanym podczas podróży do Bakczysaraju

Bakczysaraj ma więcej atrakcji turystycznych do zaoferowania, ale niestety nie mieliśmy czasu zobaczyć wszystkiego. Bus zatrzymał się przed drogą prowadzącą do skalnego miasta. Część ludzi stamtąd wracała, część dopiero się udawała. Droga była lekko pod górkę ale przyjemna, w cieniu drzew siedzieli kupcy, którzy oferowali swoje towary od zimnej wody począwszy,  po potrzymanie na specjalnej rękawicy jastrzębia skończywszy.

Droga prowadząca przez klasztor, aż do Skalnego Miasta.

Droga prowadząca przez klasztor, aż do Skalnego Miasta.

Przed skalnym miastem nie sposób nie zauważyć wykutego w skale klasztoru Monastyru Uspieńskiego, czyli klasztoru Zaśnięcia NMP. Można zwiedzić jego część ale polecam przy tym długie spodnie, ponieważ jak nie macie to babuszki przed klasztorem dadzą wam materiał, który zakładacie na odkryte nogi i wchodzicie zwiedzać kapliczkę.

Podobno nogi moje i Kryzcha były za seksowne i kazali nam je zakryć.

Podobno nogi moje i Kryzcha były za seksowne i kazali nam je zakryć.

W środku wygląda to dość imponująco, widoki z klasztoru w Bakczysaraju też są bardzo ładne. Chodząc po wykutych w skale schodach da się wyczuć w powietrzu minione stulecia, a chłodne skały dają chwilę wytchnienia od żaru, który panuje na zewnątrz.

Widok z Klasztoru.

Widok z Klasztoru.

Skalne Miasto położone jest odrobinę wyżej niż klasztor. Z zewnątrz wygląda ciekawie ale tylko z zewnątrz. Wchodząc do środka trzeba kupić bilet i dopiero wtedy zostaje się wpuszczonym przez wielkie drewniane wrota. Spacerując po skalnym mieście w Bakczysaraju nie poczułem żadnej magii, wszędzie były krzaki, a w jaskiniach i na poboczu leżały kupy turystów, które pewnie zostały zrobione z wrażenia.  Niestety brak jakiegokolwiek zaplecza sanitarnego na początku skalnego miasta ma swoje minusy. Dopiero w połowie drogi jest jakaś knajpa z toaletą ale chyba raczej płatną ponieważ po jej minięciu  wciąż natrafiłem na pozostałości po turystach i nie mam tutaj na myśli śmieci. Bardzo podobał mi się taras widokowy – można było tam wejść na skarpę i podziwiać panoramę przylegających do skalnego miasta terenów. Mimo to, moja końcowa ocena skalnego miasta to 2 z plusem. Jak już pisałem wcześniej nie zrobiło ono na mnie wielkiego ŁaŁa ŁiŁa i obyło się bez fajerwerków.

Widok na Skalne Miasto w Bakczysaraju.

Widok na Skalne Miasto w Bakczysaraju.

Słońce chyliło się ku zachodowi, dla nas był to znak, że trzeba wracać na pociąg do Symferopolu. Na dworcu okazało się, że pociąg będzie dopiero około godziny 21 i jest to ostatni pociąg więc mieliśmy parę godzin czekania, które spędziliśmy na zjedzeniu kolacji i czekaniu na jednej z ławeczek przy peronie i słuchaniu muzyki wydobywającej się z komórki młodzieży Bakczysaraju, która najwyraźniej tak lubiła spędzać wieczory. Przez dłuższą chwilę zabawiał nas jeszcze bardzo przyjazny pies, który skakał po ścianach za cykadami. Niestety misiu w pościgu za cykadą został potracony przez nadjeżdżający pociąg. Cykada nie przeżyła, a piesek otarł się o śmierć i ze skowytem uciekł z dworca. Odrobinę smutny akcent jak na opuszczenie Bakczysaraju.

Czekając na pociąg w Bakczysaraju.

Czekając na pociąg w Bakczysaraju.

Pociąg nadjechał, a całą podróż powrotną z Bakczysaraju umilał nam Pan chodzący po przedziale i grający na organach – klimat w ukraińskim pociągu wiecznie żywy. Po dotarciu do Symferopolu pozostało umyć ząbki i pójść grzecznie w spać bo jutro czekała nas mordercza podróż powrotna do Kijowa.

Tam komórek w pociągach nie mają, muzyka jest na żywo.

Tam komórek w pociągach nie mają, muzyka jest na żywo.

Rano po obudzeniu, za zadanie mieliśmy szybko dotrzeć na dworzec, po drodze robiąc zakupy. Oczywiście część ekipy musiała kupić wódkę. Nasze miejscówki w plackarcie nie były najlepsze bo większość naszych miejsc była na górze, a sąsiedzi z dołu nie byli za uprzejmi by złożyć swoje łóżka i zaprosić nas do wspólnego stolika. Więc jak się tylko wpakowałem do góry na swoje miejsce, położyłem się, pociąg ruszył, a kołysanie utulało mnie do snu, z którego wyrwał mnie Człowiek Koło przebiegający z wódką przez pociąg i krzycząc „stary wstawaj idziemy”. Odpowiedziałem mu, że zaraz przyjdę ale wróciłem do krainy dzikich łowów czyli spania. Po paru godzinach obudziłem się z letargu i poszedłem szukać po wagonach chłopaków bo byliśmy wszyscy bardzo rozproszeni. Kiedy znalazłem Człowieka Koło smacznie spał po skończonej flaszce, a jego sąsiadka z dołu patrzyła na mnie z obrzydzeniem.

Widok ze Skalnego Miasta.

Widok ze Skalnego Miasta Bakczysaraju.

Pomyślałem sobie „what the fuck” i poszedłem szukać Tomka, którego znalazłem ze swoim nowym towarzyszem przy wódce. Okazał się nim mężczyzna z Białorusi, który wracał ze swoją żoną i dzieckiem z wakacji na Krymie. Każdy wie, że im dalej na wschód tym człowiek więcej pije i go alkohol nie kopie ale Tomek akurat miał prawdziwą ukraińską zaprawę, o czym nie wiedział nasz kolega z Białorusi, a wódka wtedy lała się strumieniem. Kiedy ich zastałem, pół przedziału patrzyło na nich z obrzydzeniem. Nawet żona naszego towarzysza mówiła „nie pij już , nie pij”. Lecz niestety on nie dawał za wygraną i chciał pokazać Polakom jak się pije tu, na wschodzie. Wyciągnął spod łóżka dwa pomidory, chleb i flaszkę. Kieliszki zostały zapełnione i tak siedzieliśmy w pociągu, w którym nie wiem co było gorętsze: wódka czy powietrze. Po paru głębszych, nasz kolega wyciągnął nogi i położył się spać, a my wróciliśmy na swoje miejsca. Idąc przez pociąg zauważyłem, że większa część pasażerów patrzy na nas „rzygami”. Nie robiliśmy boruty, nie darliśmy parchy, nie zrobiliśmy niczego, co miało by jakikolwiek wpływ na tak niemiły wzrok ze strony pasażerów. Tomek stwierdził, że po prostu są przerażeni ilością opróżnionych przez nas flaszek. Coś w tym było.

Tomek niczym Sylwester Stallone w filmie "Na krawędzi".

Tomek niczym Sylwester Stallone w filmie „Na krawędzi”.

Dziewięć godzin później zbliżał się przystanek, na którym mieliśmy przesiadkę do Kijowa. Było to miejsce zwane Znamianką. Nasz towarzysz od kieliszka zdążył prawie wytrzeźwieć i przyszedł żeby się z nami pożegnać. Bardzo miły człowiek.

Dworzec w Znamiance robił wrażenie- był wielki i pusty. Mogę nawet użyć stwierdzenia, że był opuszczony. W poczekalni nie dało się siedzieć bo akurat odbywał się zlot żuli 2011 i bardziej brakowało nam świeżego powietrza niż miejsca, więc udaliśmy się do pobliskiego Pubu przeczekać te ostatnie godziny na pociąg do Kijowa. Po wyjściu z dworca naszym oczom ukazała się szeroka ulica, na której zaczęły równomiernie gasnąć światła niczym w horrorze. Na ulicy zapadła ciemność, nie było nikogo pod dworcem, nawet taksówki pouciekały, a od czasu do czasu przeleciał snop siana jak na dzikim zachodzie. Takie było moje pierwsze wrażenie, lecz wszelkie wątpliwości rozwiało nam kilka piw, które zaczęliśmy spożywać w chyba jedynym otwartym tam Pubie, a utarg to oni na nas mieli roczny. Piwo było zimne, towarzystwo doborowe, nie przeszkadzała nam nawet burza z piorunami, a siedzieliśmy na zewnątrz pod parasolem. Około godziny drugiej zaczęliśmy się zbierać na peron, pod który miał przyjechać nasz pociąg. Z nieba lał się deszcz, od czasu do czasu niebo jaśniało od piorunów.

Czekając na pociąg w Znamiance.

Czekając na pociąg w Znamiance.

Raz, dwa, trzy i start, sześciu chłopa z plecakami ruszyło na peron, pociąg akurat nadjeżdżał, po niecałych 10 metrach byliśmy cali mokrzy. Biegnąc wzdłuż peronu i szukając naszego wagonu spytałem się konduktora z pobliskiego wagonu gdzie jest nasz numer, on na nas dziwnie popatrzył i wskazał palcem początek pociągu więc zaczęliśmy biec z powrotem. Po 50 metrach spytałem się kolejnego konduktora gdzie jest nasz numer to powiedział, że na końcu. Z sześciu gardeł padł okrzyk „noooooo  kuuurwaaaaa” i  zaczęliśmy biec nazad. Mijając konduktora, który skierował nas w złą stronę, każdy  pozdrowił go losowo wybranym, niecenzuralnym słowem. W strugach deszczu pobiegliśmy dalej i finalnie znaleźliśmy nasz wagon. Pociąg powoli ruszył, a my parę godzin później znaleźliśmy się na kijowskim dworcu. Po tak ciężkiej podróży po raz ostatni skorzystaliśmy z ich ludowej kuchni serwowanej w restauracji McDonalds’a, oczywiście nie obyło się bez ekscesu przy zamówieniu cheeseburgera, a dostaniu hamburgera. Potem znaleźliśmy naszą marszrutkę, która zawiozła nas bezpośrednio na lotnisko. Pozostała kwestia odprawy, wypicia ostatniego piwa i powspominania najlepszych historii jakie wydarzyły się  podczas tej wyprawy. Nadchodził czas odlotu samolotu, a my, jak skazańcy, udaliśmy się do odprawy, która oczywiście, jak na ukraińskie warunki przystało, musiała trwać swoje. Przyjechał autobus i przewiózł nas całe 20 metrów pod schodki do samolotu, na których każdy na swój sposób żegnał się z Ukrainą. Samolot wystartował, a w Katowicach Pyżowicach czekała już na nas stara znajoma – burza, która dotrzymywała nam towarzystwa w Znamiance. W dwóch słowach „było zimno”.

W stronę domu.

W stronę domu.

 

Epilog

 

Parę dni później byłem na imprezie urodzinowej u koleżanki. Była to impreza działkowa. Była wódka, kiełbasa, szaszłyki- wszystko, czego człowiek może sobie zażyczyć podczas urodzinowej imprezy na grillu.

Ktoś przy stole chlał wódkę, więc po skończonej kiełbasie przysiadłem się i kazałem sobie polać kielicha, potem następnego i następnego i tak wiele kolejnych. Na słowa przestrogi od kolegi, że za szybko piję odpowiedziałem, że byłem na Ukrainie i się zahartowałem…  20 minut później siedziałem gdzieś pod krzakiem rzygając tak intensywnie jakbym miał zatrucie pokarmowe.

Wkrótce zostałem odnaleziony przez ekipę GOPR w postaci mojej dziewczyny, która martwiła się moim dłuższym zniknięciem i odholowała mnie do domu, a tam już regularnie tańczyłem tango przy sedesie, przeklinając Ukrainę. Jaki z tego wniosek? Nie przechodź przez ulicę jeśli nie możesz wyjść z kuchni. Koniec.

Świńska Ekipa w komplecie.

Świńska Ekipa w komplecie.

0

 likes / 0 Komentarze
Poleć ten post:

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec