13
Lip-2012

Kijów – Żuliany i zaczynamy…

Kijów – Żuliany i zaczynamy

Historia, którą opiszę nie jest typowym wyjazdem backpakerskim, ani podróżą zakochanej pary. Opowiada ona raczej o grupie dobrych znajomych, którzy pewnego razu obiecali sobie, że spędzą wakacje tylko w męskim towarzystwie. I o tym jest ta historia. O sąsiadach ze wschodu, ciepłej wódce, samogonie, milicjantach próbujących wyłudzić łapówki, tanich fajkach, naleśnikach  i świniach.

Świnie na Ukrainie

Kijów

Tytułowe świnie 😉

Na pomysł wyjazdu na Ukrainę wpadliśmy przy wódce, sałatce ziemniaczanej i resztkach kolacji wigilijnej w pierwszy dzień Świąt. Jak to bywa  po alkoholu, wykorzystując długie przerwy reklamowe na TVNie, ktoś zadał pytanie „co robimy na wakacje?”. Pojawiło się wtedy mnóstwo pomysłów na męski wypad wakacyjny. Po krótkiej burzy mózgów wnioski były następujące:  ma być gorąco, jeszcze gorętsze mają być dziewczyny, morze i ma być dziko jak w Kambodży, 20 lat temu. Wybór padł na zwiedzenie ukraińskiego Krymu. Decyzja zapadła. Ciepłą wódką wznieśliśmy toast za powodzenie męskiej wyprawy na terytorium Ukrainy, reklamy na TVNie się skończyły, zapitka do wódki też. Pięć miesięcy później… Pod koniec maja, stwierdziliśmy, że ktoś w końcu powinien zająć się organizacją wyprawy. Padło na mnie. Nie protestowałem, bo lubię zajmować się organizowaniem podobnych wyjazdów. Początkowo plan zakładał dotarcie do Kijowa koleją, zostania tam na parę dni i zwiedzenia Prypecia, opuszczonej wioski położonej niedaleko Czarnobyla, następnie do Odessy i dalej na wschód. Niestety pierwotny plan się nie udał i cały czas był przekształcany. Na zmianę planów wpłynęły przede wszystkim tanie bilety lotnicze Wizzairu, dzięki czemu czas podróży uległ znacznemu skróceniu. Ze względu na cenę zwiedzania Prypeć też odpadł. Więc po przylocie do Kijowa wsiedliśmy w pociąg i udaliśmy się bezpośrednio na Krym. Powoli zbliżał się lipiec, a my mieliśmy tylko bilety lotnicze. Niestety w grupie sześciu osób trudno cokolwiek zaplanować ze względu na to, że każdy chce zobaczyć lub zwiedzić co innego, więc Odessa też odpadła. Po wielu mniejszych lub większych sprzeczkach uzgodniliśmy, że urządzimy sobie 15-dniowy spontan podróżniczy, czyli jak będziemy na Krymie to zdecydujemy co dalej. W końcu przyszedł upragniony dzień wyjazdu. Każdy dostał ode mnie radę żeby zmieścić się w jednym plecaku i brać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, i tak też chłopaki zrobili. Zbiórkę zorganizowaliśmy parę godzin przed odlotem, niedaleko mojego bloku. Uzgodniliśmy, że na lotnisko pojedziemy na bogato – Mercedesem Maria.

Kijów

Mario aka „Banger boy” sponsor przejazdu na lotnisko Katowice – Pyżowice

Mario, jak na rapera przystało, ruszył z piskiem opon w stronę lotniska w Pyżowicach. Muza grała całą drogę, niektórzy świętowali początek wyprawy porannym piwkiem. Ja narzekałem na klimatyzację, choć przyznam, że niespełna 10 godzin później naprawdę tęskniłem za dobrym, chłodnym nawiewem. Na lotnisku byliśmy na czas, samolot też. Oddaliśmy bagaże do odprawy  i ruszyliśmy w stronę samolotu. Po dwugodzinnym locie, kapitan poinformował nas, że ze chwilę lądujemy i że na zewnątrz jest turbo gorąco. Orzeł wylądował, drzwi się otworzyły i wyszliśmy na płytę lotniska. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to Ukraina – niedokończone elementy stalowe wyrastały dookoła lotniska, a budynki wyglądały bardzo skromnie, samo Lotnisko Kijów Żułany wyglądało jak średnie Tesco.

Kijów

Lotnisko Kijów – Żuliany – powiewo latami 80- tymi

W hali przylotów  było duszno, a kolejka w stronę strażników granicznych przesuwała się w żółwim tempie. Myślałem sobie wtedy,  że przecież to jeden samolot, a trwa to wieczność, co będzie podczas Euro za rok jak zleci się tu o wiele więcej samolotów.. Parę minut później przyszła kolej na mnie, parę pytań od celnika gdzie się udaję i gdzie śpię, odpowiedziałem, że nie wiem i nie wiem. Celnik, jakby nie zważając na moje odpowiedzi, w paszport przybił mi stempel wjazdu i już byłem na terytorium Ukrainy. Naszym następnym celem było odebranie bagażów. Niestety na telewizorach informacyjnych nie mogłem odszukać żadnych wskazówek dotyczących tego, gdzie znajduje się mój plecak. Nigdzie nie było też widać taśm, na których przeważnie kręcą się bagaże do odbioru. Sprytni  sąsiedzi ze wschodu poszli na łatwiznę i wypakowane bagaże z samolotu rzucali bezpośrednio na halę przylotów. I tak pasażerowie z Polski chodzili między bagażami rozrzuconymi po całym pomieszczeniu szukając swojej własności. Z uśmiechem na twarzy znalazłem swój plecak, założyłem go na plecy i w myślach kąśliwie dodałem „Ci ludzie na Euro tu zginą”. Ale dziś jest już po Euro, a ludzie podobno byli zadowoleni z obsługi na lotnisku w Żulianach. Pierwszym problemem, na jaki natrafiłem zaraz po wylądowaniu było to jak dotrzeć do centrum. W przewodniku napisane jest, że mamy wsiąść do marszrutki nr 12. Niestety kierowca „dwunastki” spytany czy jedzie do centrum zaprzeczył. Kolejne numery podjeżdżały ale każdy z kierowców mówił, że „nie jedzie do centrum”. No i tak czekaliśmy. Ktoś poszedł po piwo, inni palili, a że my czekaliśmy to i Wy moi drodzy czytelnicy też musicie poczekać. Urozmaicę Wam czas opowiadając co nie co o lokalnych środkach transportu na Ukrainie. Zacznę od tego, że są dziwne i równocześnie przezabawne. Dlaczego?  Ponieważ są to przeważnie stare autobusy, które ledwo toczą się po drodze. Napędzane są prądem, więc mają ściśle określoną trasę, przy czym bardzo trudno znaleźć jakikolwiek rozkład jazdy. Zatrzymują się, tak jak w Anglii, na machanie lub wcale z powodu braku miejsca, tak też i czasem by pojechać trzeba wziąć duży rozbieg i wbić do środka. Bilety kosztują około 50 groszy a jak  marszrutka jest pełna to nowo przybyły pasażer z końca autobusu daje pieniądze osobie bliżej kierowcy,  te pieniądze idą  przez ludzi z ręki do ręki, aż dotrą do kierowcy, który wydaje bilet z resztą pieniędzy i  zwraca do nadawcy. Przez cały pobyt na Ukrainie nie spotkałem się z tym, żeby bilet lub pieniądze rozpłynęły się w tłumie. Ale wracając do naszej wyprawy. Kiedy tak mijały minuty, a my nie wiedzieliśmy jakim autobusem dotrzeć do centrum, zdecydowałem, że wbijamy do następnego i jedziemy. Tak też uczyniliśmy. Każdy zajął swoje miejsce z plecakiem na kolanach, ponieważ z każdym przystankiem mikro-autobus coraz bardziej się zapełniał. Po dwudziestu minutach zauważyłem znak McDonalda za oknem co, w większych miastach, oznacza, że jest się gdzieś w pobliżu centrum. Dałem chłopakom znak, że tu wysiadamy.

Kijów

Zatłoczone przejścia podziemne na ulicach Kijowa.

Przystanek okazał się centrum handlowym, stacja kolejowa była nie wiadomo gdzie ale nikogo to nie obchodziło bo mieliśmy pociąg do Symferopolu dopiero o 23. Korzystając z pozostałego nam czasu udaliśmy się do centrum handlowego by zamienić pieniądze i zjeść obiad. W Polsce, nie opłaca się wymieniać złotówek na Hrywny ponieważ jedna Hrywna do tej pory kosztuje 45 groszy. Lepiej zamienić na Euro i dopiero na miejscu po uczciwym  kursie kupić lokalną walutę. Jak na pierwszy Ukraiński obiad, trafiliśmy idealnie. Był bardzo dobry, a chłodnik od tamtej pory jest moją ulubioną zupą. Przy płaceniu, kelner wytłumaczył mi jak trafić na stację metra,  była to kwestia paru przesiadek i już byliśmy do centrum miasta. Sam Kijów prezentuje się niesamowicie. Wszędzie da się wyczuć atmosferę lat 80. Pełno straganów z podróbkami, fajki za śmieszne pieniądze, piwo sprzedawane w plastikowych kubkach na ulicy, przejścia podziemne zawalone stoiskami z książkami i innymi drobiazgami. Wszędzie jest duszno, a słońce daje o sobie niemiłosiernie znać. We wskazanym, przez kelnera, miejscu znaleźliśmy stację kijowskiego metra. Ciekawostką jest, że jest to najgłębsze metro na świecie- ma aż 102 metry głębokości. Jak zjeżdżałem w dół po ruchomych schodach to próbowałem dostrzec ich koniec. Niestety przez pochyłość tunelu i tłumy ludzi nie mogłem przebić się wzrokiem. Im bardziej w dół, tym powietrze stawało się inne – ciepłe, śmierdzące ludzkim potem. Czułem się jak bohater książki „Metro 2033” Dimitrija Glukhovsky’go.

Najgłębsze metro na świecie.

Najgłębsze metro na świecie.

Co dalej ?

Co dalej ?

Metro w Kijowie

Człowiek Koło w najgłębszym na świecie metrze.

Metro wyglądało niesamowicie. Cała architektura robi ogromne wrażenie, a otwierające się drzwi pociągu, który przybył na stację dosłownie zapierają dech w piersiach z powodu fali smrodu, która wydobywa się wraz z falą ludzi. Po chwili siedzisz w blaszanej konserwie, która mknie 60 km/h, a pot cieknie z ciebie jak w saunie. Wszystkim polecam kijowskie metro i radzę potraktować je jako atrakcję turystyczną.

Wysiedliśmy na stacji głównej dworca kolejowego. Przyznam szczerze, że nie widziałem jeszcze nowych zmodernizowanych dworców w Polsce przed gorącym okresem Euro, lecz dworzec w Kijowie robi niesamowite wrażenie – jest duży i przestronny. Niestety nie można robić zdjęć, no chyba, że chcesz dostać pałą po plecach od milicjanta. A taka sytuacja miała miejsce. Było późne popołudnie, a my mieliśmy już bilety w ręce i dużo wolnego czasu. Doszliśmy do wniosku, że zostawimy plecaki w przechowalni i udamy się do centrum na piwko. Po wyjściu z dworca jeden z kolegów prawie odbił się od lampy, spytałem co się stało, on wskazał mi kierunek w który mam patrzeć i sam prawie odbiłem się od lampy.

Widok przy browarku

Przyczyną naszych kolizji były dziewczyny, które chodziły po ulicach w wysokich szpilkach niczym modelki na wybiegu Victoria’s Secret. Zmieniłem priorytet atrakcji na Ukrainie, są nimi świnie.Idąc ulicami Kijowa i podziwiając cuda natury, człowiekowi od razu bardziej chce się pić. Aby ukoić pragnienie udaliśmy się na skwerek niedaleko wielkiego zegara, który odliczał czas do mistrzostw Europy. Usiedliśmy na murku, otworzyliśmy piwa i uzgadnialiśmy gdzie się udamy, gdy już będziemy w Symferopolu. Niestety rozmowę przerwali nam Panowie Milicjanci, którzy mając do wyboru setki innych ludzi siedzących wokół nas podeszli akurat do nas i kazali się wylegitymować. Rozmowa wyglądała tak i zmierzała prostym torem do stacji „łapówka” -Acha, turyści. Nie można pić. Wy mandat.  – Milicjant 1 -Wy płacić teraz czy my iść na komendę dmuchać, a tam większy mandat  – Milicjant 2 – Ale dlaczego my mandat ? Wszyscy piją, tamta para pije, ta dziewczyna pije – odpowiedziałem – Oni mogą bo to są dziewczyny – odpowiedział mi milicjant – A ja jestem turystą z Polska – dodałem Po czym zaczęli nas łapać i ciągnąc w stronę komendy. Tak bezczelnym wyłudzeniem łapówki byłem wkurwiony. Na oczach milicjanta cofnąłem się z kolegą na murek informując milicjanta, że jak ja mam płacić, to dziewczyny, które piją biorę ze sobą, niech też dostaną mandat. Prawo jest równe dla każdego. Na co milicjant odrzekł : – To jest dziewczyna – No i co z tego. Ja jestem Sławek, a ty Slavko. Wspólne Euro za rok, bracia bratanki! a Ty mi tu mandat po paru godzinach od przylotu.  – przekonywałem. Milicjanci widząc naszą defensywną postawę, stwierdzili, że raczej nie uda im się wyłudzić od nas pieniędzy i odeszli, prawdopodobnie szukając nowego celu na łatwy zarobek.

Kijów

Chwilę później w tym miejscu dwóch milicjantów próbowało wyłudzić od nas łapówkę.

Resztę czasu spędziliśmy na rynku chłodząc stopy w fontannie, pijąc kolejne piwka i podziwiając dziewczyny na 20 centymetrowych szpilkach, które dodawały uroku, i tak już ładnym ulicom. Do Szczuba podszedł facet z ptakami i bez pytania położył mu gołębia na głowę, a drugiego na ramię. Widziałem taką sytuację w wielu państwach: w Tajlandii były jaszczurki, małpy i inne egzotyczne zwierzęta, z którymi turysta za drobną opłatę mógł sobie zrobić zdjęcie i pochwalić się nim w domu, że np. trzymał groźnego tygrysa. Takie zwierzęta są przeważnie na środkach nasennych i nie są świadome tego, co się z nimi dzieje. Jest to zakazane i każda osoba, która z tego korzysta, dofinansowuje nielegalny handel zwierzętami.

Szczub szaleje z gołębiami.

Na szczęście w centrum Kijowa były to tylko białe gołębie, nauczone do siedzenia i nie zrobienia kupy na głowie człowieka. Wynikła z tego zabawna sytuacja, ponieważ kolega nie chciał tego drugiego gołębia, który lądował mu już na ramieniu. Widząc to, inni ludzie z gołębiami rzucili się na nas jak na turystów frajerów. W końcu przyjechał łatwy zarobek z zachodu. Szczub kazał wziąć z siebie te gołębie, a ja już wiedziałem co go czeka. Właściciel gołębia stwierdził, że taka przyjemność kosztuje 100 euro, oczywiście został wyśmiany, ale nie dawał za wygraną, 50 euro, 20 euro itd. Widząc, że nie zarobi licytacja przeszła ukraińską walutę i skończyła się na 15 Hrywnach, czyli niecałych 5 zł. Naciągacz był z tego bardzo niezadowolony i na pożegnanie życzył nam wszystkiego najgorszego. Tak mijał nam czas na Kijowskim rynku: kolejnych piwkach, bacznej obserwacji płci pięknej, i spławianiu naciągaczy. Było już ciemno i udaliśmy się w stronę dworca głównego w Kijowie. O 23 czekaliśmy już na odpowiednim peronie na przyjazd pociągu. Przyjechał punktualnie. Znaleźliśmy swój przedział i na pełnej  nieświadomości weszliśmy w ciemny korytarz w przedziale plackarty…

Kijów

Chill out na Placu Niepodległości w Kijowie.

Kijów

Plac Niepodległości wieczorem.

0

 likes / 0 Komentarze
Poleć ten post:

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec