Podróżuje się nie po to, aby dotrzeć do celu, ale po to, żeby być w podróży – napisał Johann Wolfgang von Goethe, pewien niemiecki poeta.


Być w podróży – słowa te idealnie pasują do podróży lokalnymi środkami transportu z Bangkoku do Baganu. Przed wyjazdem czytałem na forach internetowych, że podróż po Birmie autobusem to kompletnie inny poziom jazdy po Azji.
Myślałem, co w tym dziwnego? Przecież już połowę Azji zjeździłem autobusem i nigdy nie miałem problemów (oprócz kursu po Laosie gdy pół autobusu zaczęło wymiotować do woreczków śniadaniowych – tak, pół wioski miało chorobę lokomocyjną).

Autobusem do Yangonu

Pasażerowie zachwyceni nie tylko pięknymi widokami na zewnątrz ale i świetną telenowelą.


Na przejściu granicznym kupiliśmy bilety na rządowy autobus, który miał spełniać wszystkie środki bezpieczeństwa i zawieźć nas bardzo szybko do Yangonu – tak twierdził sprzedający. Za to nie mógł dokładnie sprecyzować, o której autobus dotrze do celu. Miejscowe legendy mówiły, że po 10 godzinach jazdy, a przewodniki pisały, że nawet po 12. Nie ma co się za bardzo martwić i w przyszłość wybiegać bo na miejscu też nikt nie mógł nam dokładnie sprecyzować, o której wyruszamy. Żyj chwilą, bez prysznica. Po 8 godzinach jazdy z północnego dworca w Bangkoku i 4 godzinach oczekiwania, lokalni biznesmeni dali nam sygnał do wyjazdu. Ruszyliśmy, nasz pierwszy tymczasowy najlepszy kolega prowadził nas między uliczkami Myawaddy, aż dotarliśmy do domu jego kolegi, który pewnie siedział od 30 lat w transporcie tak samo jak i autobus, który miał nas zawieźć do Yangonu. Po bliższej inspekcji stanu autobusu, mój kolega Krzysztof ocenił, że opony są tak łyse jak po paru okrążeniach toru Formuły 1. Zapowiadała się jazda pełna wrażeń.

Autobusem do Yangonu

W oddali przejście graniczne, a my zmierzamy do autobusu.

Ciekawostki podróży po Birmie Autobusem


Pierwsza jest taka, że ruch z Myawaddy jest wahadłowy, ponieważ droga prowadzi przez pasmo górskie. Owa droga nie jest najlepszej jakości… ba, nawet nie ma na niej położonego asfaltu, a co dopiero wystarczającej szerokości aby dwa auta mogły jechać równocześnie. Dodajmy do tego jeszcze strome zbocze i brak jakichkolwiek zabezpieczeń. Najmniejszy błąd kierowcy i cały autobus spada z klifu, świadczą o tym chociażby mijane stare warki samochodów na niektórych zboczach. Dlatego jednego dnia auta jadą do granicy z Tajlandią, a drugiego jest spęd aut w drugą stronę. Kierowca ma też swojego ludzkiego GPSa – w naszym języku pilota, tylko z tą różnicą, że przy każdym ostrym zakręcie gościu wyskakuje przez drzwi i nakierowuje kierowcę aby za bardzo nie wyjechał za skarpę i nie zrobił nam Birmańskiego rollercostera pierwszy i ostatni raz.

Druga ciekawostka jest taka, że na zewnątrz w środku sezonu macie + 30, a w środku marzycie o czapce zimowej. Serio. Jak się przygotowywałem na wyjazd po Birmie i czytałem relacje ludzi – myślałem, że aż tak zimno być nie może. Niestety to prawda większość ludzi w autobusie po jakimś czas założyła czapki (szczególnie dzieci). Wichura z klimy leci na maksa i jest to chyba jeden z najgłupszych sposobów by się rozchorować na wakacjach. Patent jak się nie przeziębić miałem prosty. Można zrobić użytek z firanek np. zerwać i się nimi przykryć albo podwinąć, włożyć je do luku bagażu podręcznego i włożyć pod bagaż – tymczasowa osłona powinno zablokować wylot zimnego powietrza.
Jeżeli nie da rady tego zablokować, ani się niczym przykryć to mam nadzieję, że macie ze sobą gogle narciarskie bo będzie się czuć jak na stoku. Na pociesznie podam, że przy tych bardziej popularnych trasach macie autobusy lepszej jakości i problem z głowy. Klimatyzację da się indywidualnie wyłączyć.


Trzecia ciekawostka to muzyka i telewizor. W każdym kraju Azji południowo – wschodniej uraczycie lokalnych filmów w większości lecących jeszcze z taśm VHS. Fabuła jest prosta On z bogatego domu, ona sprzątaczka. On w nieszczęśliwym związku z inną (przeważnie jest to antagonista), która zauważa iskrzenie u konkurencji i za wszelką cenę próbuje ją zniszczyć/zabić/ośmieszyć – niekoniecznie w kolejności, którą podałem. Jak Wam się znudzą widoki, skończą się baterie w mp3 playerze to jest to dobrą alternatywą.
Raz spróbowałem wczuć się w fabułę i resztę oglądałem zafascynowany przez całą drogę.
Niczym „Władca Pierścieni” taniego romansu… najgorsze jest to, że chciałem więcej. Lokalna muzyka też niczego sobie, da radę poklaskać z resztą pasażerów w autobusie, spojrzenia bezcenne. Usłyszycie ją przy każdym starcie – czasem przydadzą się zatyczki do uszu.


Czwarta Ciekawostka – jazda i być w podróży. Czysta przyjemność z podróżowania. Która może trwać nawet 36 godzin, w której będziesz miał milion przygód, nowe znajomości na całe życie, doświadczenie większe niż godzinny lot samolotem za 50 $. Gdzie możesz poczuć się jak chwilowy mieszkaniec kraju. Wchłaniając moment podróży wszystkimi zmysłami będą wydawały się dla Ciebie normalne, a docenisz je dopiero po powrocie do domu. Trasa z Myawaddy do Yangunu jest malownicza. Łańcuch górski jaki trzeba pokonać jest nie lada wyczynem dla kierowcy. No i kierowca się nie zmienia, przynajmniej tak było w naszym autobusie gdzie gościu siedział za kółkiem 15 godzin.

Być w podróży

Kwintesencja podróży przy takim zachodzie.

Jeżeli jesteście ciekawi, o której wysiedliśmy na dworcu w Yangonie to tak koło północy.
Czyli 14/15 godzin jazdy z jedną przerwą i jedną kontrolą wojskową. Zabawne jest to, jak sobie przypomnę, że jak wbili na jednym z postojów do autobusu dokładnie wiedzieli gdzie jaki obcokrajowiec siedzi. Taksówka po negocjacjach do centrum kosztowała 15 dolarów do podziału na 5 osób. Niestety Yangon nas nie chciał. Co odwiedziliśmy jakiś Guest House to nie było miejsca. Przez 2 godziny szukania noclegu po 21 godzinach jazdy podróżowania w autobusie stwierdziłem, że strzelam focha na to miasto i kieruje się do Baganu. Serio. Dlaczego? Jak już wspomniałem nie było nigdzie miejsca, a jak było to łączyli przy nas dwa łóżka w zawilgoconym pokoju i kazali spać całej piątce jeden obok drugiego za 50$ 🙂 I jeszcze z uśmiechem mówili, że lepszego miejsca nie znajdziemy. Może mieli rację ale dworzec autobusowy miał podobny standard i był za darmo. Wróciliśmy z powrotem skąd przyjechaliśmy. Pozytywna karma z kosmosu wróciła w postaci naszego taksówkarza, który zawiózł nas gdzie trzeba, pomógł kupić bilety, zorganizował nam nocleg na metalowych ławkach, a na sam koniec poczęstował betelem. Reszta nocy upłynęła na zakupie prowiantu w nocnym i czekaniu do 8 rano na następny autobus, który już miał nas zawieźć do Królestwa Paganu.

Yangon Stacja autobusowa

Być w podróży 😉

O 8 rano autobus był już nowoczesny. Klimatyzację dało się wyłączyć, ale jeżeli wybieracie się do Birmy i planujecie pojeździć lokalnymi środkami transportu to weźcie ze sobą czapkę, koc i zatyczki do uszu :).
Jak widzicie „Być w podróży” to mnóstwo przygód po drodze, wędrówka do celu, jest to doświadczenie, które jest ważniejsze niż samo dotarcie i prócz wspomnień daje nam prawdziwą lekcję życia.

 

0

 likes / 5 Komentarze
Poleć ten post:

5
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
kamieverywhwereTatianaMarcinDarekKarol Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karol
Gość

Inny napisał też równie podobnie ” A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie”. Mimo że faktycznie nie miał na myśli podróży, to i tak świetnie uzupełnia to pierwszy cytat… 🙂

Darek
Gość

Ja tam nie darzę sentymentem VHSów w azjatyckich autobusach, bo zamieniają każdą podróż w niekończący się seans karaoke… Lubię muzykę, ale po pięciu godzinach tęsknych duetów zaczynam wymiękać 😀

Marcin
Gość

Na początku myślę sobie – „ok, autobusem po Azji, nic szczególnego”. Potem zobaczyłem ten film z autokarem i zdałem sobie sprawę z tego, że podróżując po azjatyckich krajach takich jak Chiny czy Malezja, chyba nie doświadczyłem tej „prawdziwej” Azji 😉 Ale wracają do wątku głównego – tak, samo przemieszczanie się jest super, równie super, jak przyjechanie do celu. A najbardziej super jest moment, gdy się z tego wszystkiego wraca.

Tatiana
Gość

Ja uwielbiam podróże busami w Azji. Co prawda takiego hardkoru chyba nie mieliśmy – ale jazdę po dziurac na drodze tak, że podskakiwalibyśmy prawie pod sufit gdybyśmy nie trzymali się rękami (loty w busie to jest coś) i nocne jazdy, gdzie autobus wyprzedza poboczem z przeciwnej strony wymijając korek swój i po tej drugiej stronie, mamy zaliczoną 😀 zawsze to wzbudza najwięcej emocji a mieszkańcy podróżujący tak na co dzień po prostu spokojnie obserwują zastanawiając się pewnie dlaczego tak piszczymy radośnie łapiąc plecaki fruwające po busie 🙂

kamieverywhwere
Gość

ahh, właśnie sobie przypomniałam to, co działo się ledwie miesiąc temu! Co prawda większość autobusów w moim wydaniu w Birmie to były te VIPowskie, ale tyko dlatego, że jeździłam nimi w nocy i chciałam się chociaż troszeczkę wyspać 😉 za to na trasie z Rangunu do Ngwe Saung jechałam podobnym cudem, jak Ty i też byłam pod wrażeniem! u nas przez całą drogę leciały birmańskie teledyski, a wyszło, że siedziałam zaraz przed ekranem, więc się w niego bezwiednie wgapiałam przez kilka godzin. ten shit strasznie wciąga!

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec